• adimoovi

Rzecz o planowaniu: trasy lub rozwodu.

Podobno „Pisarz nie żyje. Pisarz zbiera tylko materiały do autobiografii”.

Oto jeden z takich dni, gdzie materiały zbierają się same. Czy tego chcę czy nie.

Wszystko zaczęło się pięknie. Dzieci wstały o 4:30 bez prób zamordowania budzącego i patologicznych okrzyków żalu do których byliśmy przyzwyczajeni od września do końca czerwca. Dość zgrabnie zapakowaliśmy się do auta i po niespełna godzinie byliśmy już w samochodzie, zmierzając do wcześniej nieznanego miejsca na tygodniowy intensywny odpoczynek.

W życiu nie myślałem, że tak szybko dojrzeję do tego, żeby rozprawiać o mądrościach ludowych zawartych w przysłowiach i powiedzeniach, ale po wczorajszych 15 godzinach spędzonych w samochodzie jedno szczególnie dźwięczy mi w głowie: „chcesz szybkiego rozwodu? Kup sobie z żoną zamek do remontu”. Zapytacie pewnie co ma piernik do wiatraka? Ano tyle, że doświadczenie wczorajszej drogi pozwala mi na stworzenie nowego powiedzenia, bardziej przyziemnego i dostępnego dla wszystkich, którzy chcieliby empirycznie sprawdzić siłę tej starej prawdy, ale nie stać ich na zamek: „Chcesz szybkiego rozwodu – wybierz się z rodziną do Valdisotto”.

Małżonka moja, która jest fanką zgłębiania tajemnej dla mnie umiejętności bardzo ścisłego i wnikliwego zaplanowania każdego elementu wyjazdu, który zawstydziłby niejednego analityka CIA, sugerowała mi dość dobitnie i jednoznacznie, że mam nie zdawać się jedynie na nawigację, a przeprowadzić głęboką, wręcz labolatoryjną analizę czekającej nas trasy, zwłaszcza na odcinku szwajcarsko-włosko-austryjacko-niemieckim.

Oczywiście jako kochający mąż stawiający na zgodne pożycie, szybko i sprawnie zabrałem się do pracy. Po 38 sekundach uznałem, że wszystko wiem i zamknąłem Google Maps, które jasno mi wyjaśniło, że żebym nie wiem jaką trasę wybrał - przez Czechy, Niemcy, Chiny, Finlandię czy dłuższą drogą przez Austrię – i tak wszystkie te drogi układają się w lejek i kilkadziesiąt kilometrów od Livignio łączą na jednym, jedynym odcinku, którym można dostać się do tej europejskiej delegatury amerykańskiego Aspen. Stawiając na szali swój autorytet uparłem się, że dalsze studiowanie górskich szlaków drogowych w tym rejonie nie jest mi potrzebne i żadna baba nie będzie mi się wtrącać, nawet tak ładna jak moja własna. Potrzaskaliśmy odrobinę drzwiami w domu, ale temat został definitywnie zamknięty.

Pierwsze 900km minęło szybko i przyjemnie. Trochę audiobooka, trochę muzyki i śpiewów. Nic nie zapowiadało tego co się dla nas szykuje. Paweł z rodziną wyjechali dzień wcześniej i mieliśmy nieśmiały plan dogonienia ich i złapania gdzieś po drodze. Jako jeden z podawanych mi przez Anię przykładów – Paweł miał zawsze drogę zaplanowaną kilka dni wcześniej, a przynajmniej lepiej udawał niż ja że ją planuje i sprawdza. W końcu był z wykształcenia logistyko-spedytorem i jest właścicielem prężnie działającej firmy transportowej, więc takie niuanse planowania tras wyssał z ostatnim piwem na studiach. Ania nieomieszkała subtelnie mi o tym przypominać, że powinienem jednak brać przykład z takich ludzi, którzy przejmują się czekającym ich przejazdem akurat wtedy, kiedy przez przypadek na jednym ze skrzyżowań w Austrii zahaczyliśmy jednym kołem o Szwajcarię, a kilkanaście minut później niespodziewanie wjechaliśmy do Włoch, gdzie jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki pogoda zmieniła się z wiosennej – na sypiącą śniegiem zimę.

Ja mocno trzymam się swojej wersji, że mój Andrzej (głos w nawigacji) wie gdzie mnie prowadzi, a skoro nie ma innej drogi to jedziemy dalej i będziemy nadal szukać legendarnych tuneli, które miały nas pozbawić 80 euro, ale bezpiecznie przeteleportować na drugą stronę największych i najmroczniejszych zakamarków szwajcarsko-włoskich Alp. Wiedzieliśmy że nie da się inaczej tam dostać jak tylko właśnie przez nie. Fakt, że nie potrafię się przejmować na zapas i wystarczy mi ogólne sprawdzenie kierunków jazdy nie może przecież powodować, żeby baba miała rację!

Po 11 godzinach jazdy wjeżdżamy znowu z Włoch do Szwajcarii. Drogi się sukcesywnie zwężają, śnieg coraz mocniej sypie, zapada powolny mrok. Atmosfera w aucie gęstnieje. Dzieci w wyrafinowany i cyniczny sposób dają upust swojemu „zachwytowi” nad lekko przydługą drogą. A ja trwam w swoim uśmiechu Mona Lizy i jako wytrawny kierowca który ma na koncie grubo ponad milion kilometrów w życiu pokazuję wszem i wobec swoją ostentacyjną mową ciała, że to wszystko co się dzieje dookoła to mój chleb powszedni. Śpiewam sobie pod nosem i wystukuję rytm palcami na kierownicy. Uśmiech gaśnie mi jednak, kiedy na 38 km do celu Andrzej doprowadza mnie pod szlaban z nieprzejezdną, zamkniętą drogą. I kiedy już moja żona zaczyna się rozkręcać nad coraz bardziej wyrafinowanymi epitetami raz w moim, a raz w kierunku nawigacji – z odsieczą przychodzą mi Ślusarczyki (Paweł i Monia), od których właśnie w tej sekundzie dostajemy wiadomość, że po wyjechaniu z Davos – dojechali do zasypanej lawiną drogi, której leniwe szwajcarskie służby nie mają zamiaru odkopywać do wiosny i muszą zawracać.

Ufff! Cieszę się jak cholera w duchu, że Bozia zesłała tą lawinę dostarczając mi argument, że w tych dzikich krajach nie da się kompletnie niczego skutecznie zaplanować.

Zmieniamy drogę w nawigacji. Z 38km robi się 78. Ja paliwa mam na 60. Hmmm… Bez słowa wracamy do miasteczka. Po 10 minutach w milczeniu tankuję najdroższe paliwo na świecie, gdzieś 1000m n.p.m. w zapomnianym przez pługi miasteczku. Znowu wracamy tą samą drogą w góry. Jest cholernie ślisko, chociaż po pędzących szwajcarskich dziewkach w byle Fiatach Punto tego kompletnie nie widać, a ja przez nich czuję się jak emeryt bo prędkość 70km/h staje się dla mnie tym czym dla statku Enterpise I-sza nadświetlna. Po 10 kilometrach wjeżdżamy w tak zawiłe górskie serpentyny, że dwa samochody przed nami zawracają. Ania wydaje rozkaz powrotu do miasteczka, aby przegadać z tubylcami jakąkolwiek inną możliwość wydostania się z tego przeklętego miejsca, oczywiście nie może pominąć choćby kilku słodkich docinek, stawiając śmiałą tezę, że gdybym usiadł do tego POŻĄDNIE to na pewno nie mielibyśmy takich problemów.

Zapada zmrok, śnieg nadal pada. Po 10 minutach znowu jesteśmy na stacji benzynowej i próbujemy nawiązać logiczny kontakt ze Szwajcarem, który przez stulecia nie dorobił się nawet własnego języka, nadając jedynie regionalny dialekt dla wybranego, dolno-bawarskiego bełkotu. Bez cienia uśmiechu wskazuje nam jako jedyną drogę – tą z której z takim zaangażowaniem chcemy zawrócić.

No cóż. Z nutą przerażenia, ale i satysfakcji wsiadam do auta i jadę znowu pod górę. Straciliśmy już tutaj godzinę, a Andrzej pokazuje nam, że 78km będziemy jechać dwie kolejne. Monika i Paweł właśnie zameldowali, że stoją w kolejce na pociąg, który ich przewiezie przez pierwszą z dwóch dziur jakie człowiek wywiercił w górze. My - mknąc 40km/h przez górskie lasy, ślizgając się nad krawędziami wielkich przepaści i tylko momentami osiągając trzeci bieg – dojeżdżamy do upragnionego tunelu. Brzydkiego jak cholera, o estetyce wczesnego PRLu, rozdłubanego jakby przypadkiem dziecięcą łopatką, kompletnie nie wentylowanego, jednokierunkowego tunelu. Dojechaliśmy już prawie prawie.

Szczęście osiąga szczyty, bo okazuje się, że włosi naprawdę wiedzą co to strefa bezcłowa. Tankuję do pełna paliwo za 0,98EUR, kupuję wielką litrową butlę Havana Club za 9 EUR i już mam z górki.

Ruszamy, a Żona z uznaniem głaszcze mnie po moich siwych włosach szepcząc czule „mój kierowca!”. Jest dobrze. Uznaję, że już nie muszę jej przypominać, że jeszcze przed chwilą mój sposób podejścia do trasy jaką wybrałem był tak bardzo niehumanitarny.

Przejeżdżamy jeszcze dwie potężne góry. Zapada ciemna noc, drogi są fatalne, a na dodatek ogarnia nas mocna mgła. Słyszę szept z tylnej kanapy „Zosia, a Ty wiesz, że my możemy tutaj zginąć..?” – egzystencjonalnie rzuca Franek. Mamy czas do 20-tej, żeby się zameldować, kiedy wreszcie po 14 godzinach jazdy, na skraju wyczerpania nerowego, Andrzej mówi że mamy 4 kilometry do Apartamentu. Ślusarczyki daleko za nami właśnie opłacili przejazd drugim tunelem i są dwie góry za nami.

Łapiąc oddech, właśnie dochodzę do pełnej formy roztaczając w samochodzie urok pewnego siebie faceta, dbającego o los i szczęście rodziny. Nie zamierzam przepuścić okazji i chcę szepnąć mojej żonie kilka mądrych sentencji o tym, że nie zawsze trzeba tracić godziny na analizowanie map, for internetowych i wypytywać na facebooku wszystkich znajomych żeby dotrzeć do celu. Wystarczy jedno spojrzenie na mapę i wprawne oko obieżyświata już wszystko wie – czego już nigdy nie powinna kwestionować.

I kiedy tak właśnie zaczynam się wymądrzać, 3,8km od celu, mylę zjazdy i wjeżdżam w podejrzanie długi tunel… 14 kilometrów pieprzonego odwiertu, a potem następny bez możliwości zawrócenia. W samochodzie zapanowuje totalny chaos. Wszyscy chcemy sobie wydłubać oczy, wyrwać włosy najbliżej siedzącej osobie, wyszarpać żyły z gardła. Totalna destrukcja osobowości.

Samochód zezwierzęconych, upodlonych zombie. Dwa pokolenia ludzi zachowujących się jak po jakimś podejrzanym eksperymencie Dr Mengele.

Dzieci płaczą, że jak tak dalej pójdzie to wyjedziemy z tunelu w Mediolanie, że nas nie wpuszczą do apartamentów, że są głodne, że ślisko, że ciemno, że przegramy w wyimaginowanym wyścigu rodzinnym i dotrzemy drudzy na miejsce….. A do tego Andrzej zamiast znaleźć nam drogę do zawróceniu, zabawia się z nami jak psychopata kierując w środku ciemności na przełaj przez górę. Po kilku kolejnych kilometrach wyłączamy sukinsyna i na azymut wracamy do tunelu.

Po 15 godzinach i ponad 1300 km dojechaliśmy na miejsce. Na 8 minut przed Ślusarczykami. 8 minut tylko dlatego, że w ostatniej sekundzie uprzedziliśmy ich żeby przypadkiem nie pomylili tego samego zjazdu. Pomylili i na 100 metrów przed tunelem zawrócili na przeciwny pas ratując się również przed niechybnym przekształceniem się w zombie…

Dobrze że zdążyłem kupić Rum. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak szybko wypił dwa duże i ciepłe drinki.

10.02.2017

PS. Kocham Cię Żona!