• adimoovi

Ręce precz od cukru, mięsa i glutenu!


Coś dla weganów, ekologów i rowerzystów* *to nie ja zapakowałem ich do jednego worka! :)


Jestem nieco starej daty, chociaż we łbie mam jeszcze maliny. Wychowany w PRLu, dorastałem w czasach kiedy w kinach królował rzucający kurwami na prawo i lewo Franc Maurer, a największym szpanem był walkman sony na pasku. Zachłysnęliśmy się wtedy światem tak raptownie, jak Lindsay Lohan sławą i alkoholem. Nagle, praktycznie z dnia na dzień mogliśmy wyjechać gdzie chcieliśmy, oglądać RAMBO i montować antenę satelitarną na byle kiju olewając niedzielny program BLIŻEJ ŚWIATA, który w godzinę robił nam przegląd wszystkich kanałów telewizyjnych świata.

Nagle w sklepach pojawiły się niezliczone ilości bananów, słodycze jakich nawet nie znaliśmy, a na widok kiwi robiliśmy dziwne miny głaszcząc włochatą skórkę uśmiechając się szelmowsko. Przez lata na polskich stołach królował schabowy, a na ulicach w niedzielny poranek rozchodził się piękny słodkawy zapach przysmażanej panierki i stukot młotków do mięsa. Wychowywani na finezyjnej kuchni lat osiemdziesiątych takich jak ziemniaki z sosem chrzanowym z kawałkami kiełbasy, ciepłej zupie mlecznej z potarganą bułką, czy hot dogach z pieczarkami – dopiero musieliśmy się nauczyć światowych przysmaków. Krewetki, łosoś i inne stawonogi wypierały królową każdej dobrej imprezy – sałatkę ziemniaczaną i galaretę z octem. Jednak nadal, przez wiele lat pomimo coraz większej ilości coraz bardziej egzotycznych restauracji na każdym rogu, nasz niezłomny patriotyzm objawiał się w miłości do najlepszej kiełbasy na świecie, pachnącego, lekko wilgotnego chleba i fenomenalnej metrowej nadmorskiej zapiekanki.

Niestety, wraz z „cywilizowaniem” nas przez zachodnie mody, nie wiadomo kiedy śląska kiełbasa stała się passe, a pyzy ziemniaczane ze skwarkami tak obciachowe, że nie sposób znaleźć ich w żadnej restauracji, ba – nawet w zwykłym barze. Świat zdurniał i wmawia mi, że niemiecka mortadela jest lepsza i obserwując kierunek jaki przybrały nasze rodzime masarnie widzę, że w to uwierzyły, bo mielą na potęgę każde zwierze które wpadnie im w ręce nazywając wszystko polędwicą.

A że ciasteczka bez glutenu, że naleśniki bez cukru, że hamburgery bez mięsa. Nawet nie wiem czym się za bardzo różni jarosz od wegetarianina i czy czasem marchewki nie zostały pomordowane, żeby trafić na talerz weganina i zapewne onegdaj za to dostanę jakąś brudną, acz ekologiczną ścierką w pysk. Kucharze stają na głowie, żeby wiedzieć jak przygotować selera na milion sposobów, a nie potrafią zrobić dobrego, prawdziwego mielonego.

Mam gdzieś taki postęp, w którym jakiś idiota wpiera mi, że można dobrze się bawić pijąc wino bezalkoholowe lub mleko beztłuszczowe 0%. Kawa bezkofeinowa? Piwo bezalkoholowe? Po co to komu? Wszyscy z braku czasu biegniemy często po kajzerki do supermarketu, z którymi trzeba równie szybko biec do domu, bo rano będzie już można nimi tylko gwoździe wbijać lub robić rysunki naskalne.

Czasami mam wrażenie, że w pogoni za głupotą i prześciganiem się co jeszcze potrafimy spieprzyć w tysiącletniej kuchni – cofamy się do czasów serialu Alternatywy 4, gdzie w jednym z odcinków Miećka (Bożena Dykiel), żona Gospodarza Domu Pana Anioła czyta cudze listy i znajduje w jednym z nich przepis na ciasto dyniowe bez dyni… Wtedy, kiedy w paczkach żywnościowych z zachodu wysyłano nam nawet śmietanę było to uszczypliwym żartem na miarę epoki. Ale teraz niestety Bareja w grobie się obraca, że mając do dyspozycji wszystkie składniki świata jestem zmuszany do udawania, że ciastka beztłuszczowe i bezcukrowe to wynalazek na miarę gołej baby w Playboy’u i mam się nimi podniecać jak tym drugim. Wiem, wiem. Niektórzy nie mogą. Są chorzy. Jasna sprawa – bardzo współczuję i mogę tylko dać im powąchać. Ale dopóki mogę mieć gdzieś wielkomiejskie mody i będąc w miarę zdrowy - będę wygrzebywać galaretkę z konserwy tyrolskiej i marudzić na to, że znowu jakiś wariat za dużo do niej dodał mięsa. Tajemniczym składnikiem mojej jajecznicy, która podbija serca żony i wszystkich koleżanek, które gremialnie stwierdzają, że taaakiej jajecznicy to nie potrafią zrobić - jest ogromna ilość masła na jaką wbijam jaja. Zwykłego masła, które oczarowuje podniebienia kremowością i zapachem, czego żaden nowobogacki olej kokosowy nie sprawi. Ale można mieć wybór - robić jajecznicę fit na samym teflonie, lub zjeść dobrą.

Dlatego kibicuję wprowadzeniu zakazu sprzedaży mleka poniżej zawartości tłuszczu 3.2%, oraz nałożenia specjalnych podatków na tych, którzy chcą się poczuć normalnie żądając schabowego z soczewicy lub hamburgera z soi w zwykłych restauracjach, a ich brak poczytują jako dyskryminację. Czy ja się upominam o to, żeby w wegańskiej knajpie była kiełbasa, żeby móc tam coś zjeść?

Jarmuż? Mogę tym pozamiatać półki z kurzu. W średniowieczu była cała masa wegetarian – nazywano ich wtedy wieśniakami. Ale również moda na wyrównanie klas społecznych wzięła górę i wszyscy z czasem zajadali się mięsem. Obecnie duma i wyższość z jaką słyszę od kogoś deklarację „ja nie jem mięsa” powoduje u mnie odruch wymiotny. Jakby jedzący mięso był morfinistą, którego trzeba traktować z pogardą, bo najpewniej nie radzi sobie z silną wolą. A gdzie radość życia z jedzenia tego co naprawdę ma smak? I żeby było jasne: nie mówię o opychaniu się i czerpaniu satysfakcji z bycia grubasem Można jeść tak samo mało, ale smacznie i to co naprawdę się lubi.

Dlatego cieszę się, że na horyzoncie widać już promień nadziei. Część z nas obraża się powoli. Na razie na bułeczki za 19 groszy żądając normalnego pieczywa za które jest gotowy zapłacić. Wreszcie do łask wracają przydomowe masarnie, w których można kupić prawdziwą kiełbasę, bo to co nazywamy teraz śląską nie dorasta do pięt dawnej „zwyczajnej”. Polska kuchnia wraca jak heroina w Pulp Fiction: wraca - i to w wielkim stylu. Może następnym krokiem będzie delegalizacja wszystkich restauracji wegańskich oraz zakazanie reklam sałaty przed 22-gą? Restauratorzy odkopują babcie spod pierzyn i zaciągają je do roboty, bo nagle się okazuje że kucharze po szkołach naczytali się pierdół o wyższości kuchni molekularnej nad pierogami i teraz nie wiedzą dlaczego nie potrafią zarobić na chleb...

A teraz? Idę kupić trochę cukru i białej mąki, jutro zrobię sobie całą górkę wilgotnych babeczek z jagodami, które zaleję lukrem. Albo z czekoladą… Zastanowię się. Popiję to lampką, albo najlepiej całą butelką białego wina. Smacznego. Szczerze.

25.11.2016