• adimoovi

O tym jak ścigała nas cała niemiecka policja i o mało co nas nie zastrzelono.

czyli jak być twardym jak Jack Reacher.

Znowu jedziemy. Ledwo po przejechaniu bardzo wyczerpujących 1300km z Włoch, ledwo mięśnie w nogach na nowo przemyślały swoją rolę i były gotowe do skutecznego chodzenia - a już po trzech dniach znowu jedziemy. Kolejny szybki, biznesowy roadtrip dwóch tysięcy kilometrów w dwa dni. Z Opola pod holenderską granicę i na zad. Fajnie. Znowu można się odmóżdżyć przy audiobooku jedząc różnego rodzaju przekąski bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Tradycyjnie - zaraz za minięciem granicy polskiego bieguna ciepła czyli Wrocławia - leje. W Niemczech jeszcze bardziej. Ja rozumiem, że pogoda również chce dołożyć swoje pięć groszy do ogólnego wizerunku smutnego i szarego NRD, ale w pewnych momentach wali w szyby z takim impetem, że przez myśl mi przelatuje, iż to jakieś skomasowane, Boskie rozliczenie tego kraju z przeszłością. Ale dlaczego z nami w tle..?!

No nic. Jedziemy dalej, podkręcamy głośność i wyciskam ile się da, a wycieraczki ledwo nadążają. Abym nie zasypiał nad kierownicą - kiedy dookoła nuda i nie ma się z kim pościgać - żona jak zawsze wytrwale na posterunku wspiera mnie dzielnie pochrapując na bocznym fotelu.

Zjedliśmy już połowę czekoladowych batoników, wypiliśmy po dwie kawy i zaczęliśmy docierać do punktu, w którym nie było odwrotu - trzeba zatankować w Niemczech i skorzystać z ich sterylnych systemów SERWAYS.

Podjeżdżamy pod dystrybutor, a żona wprawnie jak Macierewicz wyskakuje z toczącego się auta i daje nura do toalety. Ja męczę się z zakładaniem butów, walę się kilka razy łbem w kierownicę i wreszcie prostuję się z trzaskiem kości przed dystrybutorem. Przeciągam się ze spazmem ocierającym się o orgazm i szerokim, powolnym spojrzeniem obrzucam całą stację. Ostatnia w całym byłym NRD. Eisenach. Mieszanina nowoczesności i architektury wprost z epoki Breżniewa. BURGER KING w otoczeniu budynków z Pielgrzymowa - ot cała estetyka. Okiem fotografa wszystko sobie dokładnie i lubieżnie oglądam. Paliwo się tankuje, a mój mózg po ponownym usystematyzowaniu narządów na swoich miejscach i zweryfikowaniu ich funkcji zaczyna się gwałtownie dopominać o posiedzenie na samoczyszczącej się toalecie przy dźwięku ćwierkających ptaszków.

Ale jako wytrawny i wprawiony kierowca, nie daję po sobie poznać, że gdziekolwiek mi się spieszy i w najbardziej z możliwie dystyngowanych sposobów odwieszam pistolet na dystrybutor, wsiadam do auta i odjeżdżam kilkanaście metrów dalej na parking. Przecież nie jestem jednym z tych buców, którzy po zatankowaniu zostawiają samochód przy dystrybutorze i idą na godzinny obiad i świąteczne zakupy na stację. Mijam się z Anią, rzucam jej kluczyki, a jako że zazwyczaj nie śmierdzę groszem - bez słowa biorę siedemdziesiąt centów i brawurowo, acz nonszalancko mijam bramki do ubikacji.

Po przeglądnięciu Facebooka, Intagrama i odpisaniu na wszystkie wiadomości na whatsapie - jestem gotowy. Krzepki i szczęśliwy znowu przeciągam się przez kilka długich chwil pod autem, poprawiam ubranie, zmierzwione włosy i jestem gotowy do dalszej drogi. Po przejechaniu 100 metrów, na wielkim parkingu zatrzymujemy się jeszcze raz w poprzek jakichkolwiek namalowanych linii mając sobie za nic wytyczne wielkiego architekta, bo nawigacja pogubiła się sama ze sobą i twierdzi że jesteśmy jakieś 300 kilometrów dalej. Spokojnie czekamy obrzucając ją staropolskimi epitetami aż dojdzie do porozumienia z własnymi sensorami i znowu dostojnie ruszamy dalej.

Muzyka sobie rżnie w najlepsze. W chwili przerwy od przygód niezłomnego, bohaterskiego Jacka Reachera*, jednego z największych twardzieli pisanej prozy jakich widział świat, ruszamy głowami do rytmów Organka. Zaczynamy tworzyć krótkie hipotezy do jakiej puenty doprowadzi nas tym razem ten niesamowity sukinkot jakim niechybnie jest Reacher - kwintesencja Johna Rambo, Jeamesa Bonda i całej drużyny A. Człowiek, który w szachach rozpracowałby Kasparowa na 20 ruchów wcześniej, a Osamę złapałby w kilka dni. Niesamowici są ci żandarmii wojskowi w USA...

Po 60 kilometrach, wykorzystując chwilę ciszy między piosenkami, moja rozśpiewana małżonka rzuca niewinnie i z uśmiechem:

- Zapłaciłeś?

Chwila ciszy zdaje się nie mieć końca. Staje się lekko przyciężkawa. Zwalniam do 140km/h i zaczynam się zastanawiać czy dobrze ją zrozumiałem?!

- No a jak niby wszedłbym do kibla? - patrzę na nią niewinnym spojrzeniem niemowlęcia - Przecież tam są bramki... - ostatnie słowa wypowiadam coraz wolniej, aż zawisają w powietrzu jak niewypowiedziana bomba.

Nie zapłaciliśmy za paliwo. Przez ułamek sekundy czuję się jak Jessie James na dzikim zachodzie. Jak Łotr 1. Jak kierowca BORu, który za nic nie odpowiada. Czuję się po prostu bogatszy o kilkadziesiąt EUR i już roztaczam wizję z jakim nieskrępowanym rozmachem je wydam!

Niestety, mój wyrzut sumienia sprowadza mnie błyskawicznie na ziemię i mówi:

- No przecież mają nas na kamerach! Zaraz wezwą policję i będą nas szukać po wszystkich autostradach w okolicy! - krzyczy wymachując rękami, kiedy wcześniej wydawało mi się, że nie mamy aż tyle miejsca na takie gesty - a Ty się głupkowato ciesz! - Blednie.

No tak. Ja jak idiota przecież szczerzyłem się do każdej kamery na tej przeklętej stacji. Moje ostentacyjne przeciąganie się, spoglądanie w każdym kierunku i każdy kąt zostało zapisane przez każdą, dosłownie każdą kamerę. Te głupawe spazmastyczne dreszcze będą teraz odczytane jako moje bezczelne wyzwanie rzucone niemieckiemu wymiarowi sprawiedliwości: "Oto ja - Adam Bilik - tankuję sobie za darmo i co mi zrobicie?! Jeszcze pójdę się załatwić dając Wam dodatkowe 15 minut, żeby jeszcze bardziej z was zadrwić! Za II wojnę! Za gazociąg! Za brak polskich kanałów w hotelach! Za wasze niedobre jedzenie na stacjach benzynowych! HA-HA-HA!"

Już oczami wyobraźni widzę, jak na nagraniach z monitoringu cała obsługa i piętnaście radiowozów oglądają sobie nasze auto z każdej dowolnej strony: przy dystrybutorze i przy toalecie, z tyłu, boku i góry. Już widzę jak cały wydział do spraw przestępczości zorganizowanej w Berlinie drapie się po głowie zastanawiając się nad tym - jakim nowym twardzielem jestem zatrzymując się jeszcze na kilka minut na wyjeździe, zapewne wznosząc do góry środkowy palec i śmiejąc się w głos... Już widzę jak komendanci główni Kriminalpolizei i Bundespolizei walczą między sobą o to, który z nich będzie nas ścigał i poda na tacy Zbyszkowi Ziobro jako kartę przetargową w jakimś międzynarodowym, dyplomatycznym sporze.

Po opaleniźnie z włoskich Alp u żony pozostało tylko wspomnienie. W ułamek sekundy zrzuca całą winę na mnie i zamyka w moment cały temat, nad którym studenci II roku prawa rozprawiają przez cały semestr: normatywną teorią winy i jej aspektami umyślnymi i nieumyślnymi wyłączającymi bezprawność czynu. Dla niej jestem winny i już, pomimo że zakładając buty, gdzieś spod kierownicy rzuciłem zdanie w trybie orzekającym, ale niedokonanym: ZAPŁAĆ...! Pomimo, że to ona 99% razy podczas każdej trasy idzie do kasy, żeby było szybciej...

Więc jadę sobie tak dalej i głośno rozmyślam potęgując atmosferę w aucie. Już wiem jak będzie się czuł Tusk kiedy zostanie za nim wysłany list gończy. Już wiem jak czuje się terrorysta, uciekający przed kryjącymi się za każdym rogiem tajnymi agentami, policją i STASI. Już wiem, że dzieci mogą dorastać same, kiedy my z matką będziemy gwałceni gdzieś w niemieckim więzieniu przez syryjskich uchodźców. Zaczynam rozmyślać "Co by zrobił Jack Reacher??".

Mijając każdy policyjny radiowóz podkręcam sytuację poważnym głośnym: "NO TO TERAZ MAMY ZA SWOJE BABO!" czym doprowadzam moją Anię na skraj zapaści nerwowej, która usilnie stara się odnaleźć na mapie adres tej przeklętej stacji i jakiś kontakt, aby wyprzedzić niemieckie służby specjalne przed niechybnym zastrzeleniem nas. Podejmujemy próbę mediacji. Około 100 km dalej zatrzymujemy się na następnym Shellu i chcemy się poddać. Z rękami uniesionymi w górze, wchodzimy na stację z głośnym "nicht schießen!". Niestety. Nasza znajomość języka niemieckiego kończy się w miejscu, gdzie rozpoczynał się Kapitan Klos. A babsko stojące w kasie ani chybi podrzucone przez tajne służby na naszej trasie - specjalnie udaje że nie rozumie ni w ząb słowa w języku szpiegów, czyli angielskim. Wsiadamy i z duszą na ramieniu jedziemy następne 400km... Niestety. Niemcy nas olali. Dotarliśmy do hotelu na czas, nie niepokojeni przez nikogo. Moja żona legalistka uparła się i nie pozwoliła mi zmierzyć się z łatką ściganego do końca życia twardziela z niemieckiej stacji benzynowej, pomimo moich jawnych sugestii. Chciałem brylować towarzysko jako bezwzględny skurczybyk, potrafiący przechytrzyć wszystkie niemieckie służby, na pohybel Merkel i całemu korporacyjnemu światu, który tak dumnie reprezentuje SHELL. Już snułem plany jak wykorzystać swoje schwytanie w celach politycznych i przekuć ewentualną porażkę w sukces. Globalny sukces.

Ale nie z tą kobietą... Moja uparła się, że nie chce aby ktoś kiedyś, kiedy będzie spokojnie robić sobie zakupy w Lidlu - powalił ją na ziemię i wywlókł jak worek kartofli za nogi, żeby wsadzić ją do więzienia. Uparła się i znalazła adres mailowy do tej stacji ze skruchą przyznała się do popełnionego czynu, rozpisując dokładnie nasze roztargnienie i niedogadanie. Cisza. Po kilku godzinach wreszcie ktoś łaskawie, bez słowa rzucił nam numerem rachunku bankowego na który mamy w wolnej chwili zapłacić zatankowaną kwotę o ile dobrze ją pamiętamy....

eech....

Jakże fajnie było przez kilka godzin być ściganym. Widzieć przerażenie na Twarzy żony i dzielnie ją wspierać przypominając słowa przysięgi małżeńskiej - NA DOBRE I NA ZŁE BABO! Z pewnością zdałem ten egzamin. Bo przez te kilka godzin śmiałem się z całej sytuacji na swój, jakże mocno wyrafinowany sposób. Zapewne tak właśnie zachowałby się zimnokrwisty, pieprzony twardziel Jack Reacher.

A przynajmniej tego się będę trzymał. 21.02.2017

*Jack Reacher - emerytowany żołnierz żandarmerii wojskowej stworzony przez autora Lee Child'a, który napisał już o nim około 20 książek. Chłopisko 195cm wzrostu, powalający kilku chłopa jednocześnie. My przesłuchaliśmy wszystkie dostępne audiobooki + kilka papierowych wydań. I za cholerę, straszliwie nie pasuje nam do tej roli Tom Criuse.......