• adimoovi

No i wpizdu moja kolarska kariera.


Po zimnej zimie pełnej kulinarnych ekscesów*, dojrzeliśmy aby rozpocząć swoją ścieżkę kariery w kolarstwie niczym Lens Armstrong na dopingu z bezy pavlovej. Zanim jednak doszłoby do olimpijskich zmagań, lub przynajmniej zdobycia tytułu najlepszego górala w Giro d'Italia - przyrzekliśmy sobie uroczyście, że zaczniemy od okrążenia naszej wioseczki dookoła. Całą rodziną. Robiąc pewnie ze trzy przystanki. To nawet z 15 kilometrów, więc na letnie zapoznanie dupska z kanciastym siodełkiem odległość w sam raz.

Franek miał komunię, więc podbiliśmy wszelkie statystyki i dostał nowy rower. Zosia od dawna czaiła się na mój, więc ja miałem okazję przesiąść się na większy i zafundowałem sobie nowego, pięknego, czerwono-czarnego demona. Ania nie chciała znowu wyglądać jak Królowa Elżbieta i Książę Karol w jednym wcieleniu - i z radością pożegnała swoją dostojną damkę na rzecz nowiuśkiego, biało-miętowego ślicznego górala. Odkąd poskręcałem je do kupy, stały dumnie w garażu i pachniały, a my otoczeni mgiełką sportowej chwały pławiliśmy się w rozmyślaniach jakie trasy w tym roku razem pokonamy. Czekały na nas Pireneje, trasa Wiedeń-Budapeszt, Opole - Santiago de Compostella... . a przynajmniej jazda do pobliskiego sklepu.

Od dwóch tygodni jednak dzień w dzień padał deszcz: raz lał, raz siąpił, a innym razem bezdusznie zacinał. Wiało i ogólnie pogoda barowa, a nie do jeżdżenia.

W sobotę przejaśniało i wszyscy zaplanowaliśmy nasz Tour de France na niedzielne popołudnie. Na razie bez znajomych, żeby nie widzieli jak będą musieli mnie reanimować. Od rana zorganizowałem profesjonalne szkolenie, na którym moje jasne instrukcje były nadzwyczaj jasne: jak zaczną któremuś krwawić ręce albo tyłek lub jeżeli poczujecie przy odkasływaniu że wystaje Wam z ust kawałek płuc - NIESTETY, zostawiamy rannego w polu i prujemy do przodu! Nie wracamy po rannych! Ważny jest czas i odległość. Endmondo nie śpi! Na deser zasługuje tylko ten, kto dojedzie!

Koła napompowałem, stary łańcuch przetarłem smarem, jeszcze kilka wymachów ramion na początek, siku przed wyjściem - i można zaczynać!

Na odprawie przed umówioną godziną wyjazdu okazało się, że...:

- Franka nigdzie nie ma, bo gdzieś polazł, - Zosia wystroiła się na rower w obcisłe jeansy i katanę oraz wyprostowała włosy, - moja małżonka tradycyjnie zdziwiona w szlafroku, że to już ta godzina trzebaby się zbierać.

Nie da się ukryć, wkradła się lekka nerwowość w nasz team.

Zosia pobiegła szukać brata po sąsiadach, a ja zastanawiałem się, czy lepiej jechać z dwoma małymi piwami czy czterema. Żona robiła się na bóstwo, obcinając paznokcie, regulując brwi, i dobierając odpowiedni kolor legginsów do odpowiedniego koloru butów. Takie elementarne przygotowanie do każdej wycieczki rowerowej.

No! Po niespełna godzinie wszyscy byli wreszcie gotowi jak trzeba.

Wskoczyliśmy na swoje piękne rowery i wyjechaliśmy za bramę, prężąc się na swoich lśniących maszynach. Jeszcze przyjazne pozdrowienia do sąsiadów, uśmiechy, wiwaty, sztuczne ognie i przygotowania do startu.

I to by było na tyle.

W 3 minuty zrobiło się ciemno, a Franek jak stary Pterodaktyl wyczuł gadzią częścią mózgu zupełnie jak Jack Ritcher nadciągający kataklizm. Zaczął płakać, że nigdzie nie pojedzie.

- Nic nie będzie! - krzyczała z ganku Ania - moja pogoda w telefonie mówi, że ma świecić słońce!

Rozejrzeliśmy się na boki. Drzewa zaczęły się uginać, a spod samochodów zaczęły czmychać kuny w las popełniając samobójstwo waląc głową prosto w pień. Bociany rozważały powrót do ciepłych krajów. Krety pochowały się do dziur i tylko dżdżownice wyszły oczekując orzeźwiającego miotania przez kolejny zwiastun biblijnego potopu.

Burza z gradem walnęła z całą siłą minutę po tym jak udało nam się odstawić rowery pod garaż. W swoich spodenkach z extra gąbką na jajach oglądałem serial na Netflixie jeszcze przez godzinę, zanim nadzieja na wyjazd umarła wraz z ostatnim zjedzonym paluszkiem... Dopiero 5 minut temu przestało padać.

Cóż. Moja kariera kolarska na razie musi jeszcze chwilę poczekać. Polacy! Pamiętajcie! Jeżeli nie zobaczycie mnie na olimpiadzie - to tylko przez tą przeklętą pogodę! 🤓

____________ *kulinarne ekscesy, o których mowa na początku to nasz inny konik - strona założona 20 grudnia o naszych kuchennych przepychankach, na którą serdecznie zapraszam: @BitwaoKuchnię