• adimoovi

Nie zastanawiaj się dłużej. Lepiej zadzwoń do Saula!

Kiedy obejrzałem pierwsze odcinki Better Call Saul, nie miałem zielonego pojęcia o wszystkim, co ważne oglądając ten serial. Nie widziałem, że to w jakikolwiek stopniu produkcja powiązana z Breaking Bad, które uważam osobiście za jeden z najlepszych seriali w historii, a który zacząłem oglądać dopiero po pierwszym sezonie Saula. 🙃 Wiem. Straszne.

Nie wiedziałem, że to nawet tego samego twórcy - Vince Gilligana, który jest dla mnie jak Guy Ritche. Bogiem kina.

Tego klimatu budowanego w każdym odcinku, zupełnego braku pośpiechu w opowiadaniu niesamowitej historii - nie można się nauczyć. Z tym się trzeba urodzić. Zadzwoń do Saula to nieprawdopodobnie dobrze nakręcony spin-off i preaquell Breaking Bad. Nie będę tu powtarzał tych wszystkich banałów z kilku recenzji jakie przemknęły mi przed oczami, o tym, że ten serial jest mocno ograniczony, bo wiemy i tak do czego zmierza tutułowy Jimi Mc Gill. Nie wiem co mówiono wcześniej, ale po pięciu sezonach już takie wyświechtane teorie znawców kina mogłyby wreszcie zniknąć... Better Call Saul miał najlepsze otwarcie w historii seriali w USA. Pierwszy odcinek obejrzało ponad 7 milionów widzów. I jak myślicie, dlatego, żeby zobaczyć w trzecim odcinku jak spotyka się z Walterem Whitem? Ten serial tak nas wszystkich uwiódł, zmanipulował i zakręcił, że już dawno zapomnieliśmy, do czego zmierza. Do jakiej roli przygotowuje Jimiego. I zdążyliśmy o tym lekko zapomnieć. Wszystko po to, aby zapragnąć, aby zobaczyć go ramię w ramie z Haisenbergiem. Czy przez moment chociaż zastanowiłeś się, jaki dreszcz na plecach Ci przejdzie, kiedy w ostatnim odcinku, ostatniego - nadchodzącego - sezonu zobaczysz na ekranie Saula Goomana i Waltera White'a? Przecież to w końcu musi się wydarzyć! Tal jak scena, w której Walter mówi do potężnych mafiosów: "Say My Name...". I nie ważne, co pokręci się do tego czasu. Nie po to tatuowałem sobie na ręce wzór chemiczny Br - Ba, żeby nie wyczekiwać właśnie takiego spotkania. Zobaczenia jeszcze raz, choćby przez moment, żywego Heisenberga, patrzącego obojętnym wzrokiem do rozmówcy.

A piąty sezon Better Call Saul, który kilka dni temu się zakończył? Był świetny. Mógłbym napisać peany na temat roli Tony Daltona - filmowego Lalo Salamanca, który skradł moje serce, bo nie widziałem tak dobrze zagranej, tak złej postaci od czasów NARCOS i Wagnera Mory grającego Pablo Escobara, czy ścigającego go Pedro Pascala (Javera Pena). Mógłbym napisać o tym, jak nie lubię roli Kim Weaxler, która przez pięć sezonów zaszufladkowała się w mojej głowie jako strasznie zimna kobieta niezdolna do uśmiechu, ale jednocześnie nadawała odpowiednie światło roli nieporadnego Jimiego. Mógłbym dodać coś o fantastycznej roli Nacho Varga... Mógłbym. Ale skwituję to jednym: to wszystko to nic.

Bo i tak przecież czekamy na Bryana Cranstona, który sobie siedzi gdzieś w fotelu, uśmiecha się szelmowsko i widzi, jak jego potencjalna gaża za minutę gry w ostatnim odcinku, na którą łaskawie się zgodzi - rośnie z miesiąca na miesiąc. Czego mu cholera życzę, bo nie wyobrażam sobie finału bez jego powrotu choćby na moment. A Ty? 😎

I mam takie dziwne, nieodparte wrażnienie, że Lalo Salamanca, Nacho Varga i Jessie Pinkman spotkają się jeszcze w kolejnym spin-offie... W końcu Jessie jest już na wolności.... El Camino kochani! 😉


1 wyświetlenia