Nie dajcie się nabrać! To wcale nie jest "Powrót do tamtych dni"!

Będę przeklinał. Bo jestem wkurwiony. Miejmy to zatem za sobą już na początku: film jest genialny. Zostaje w głowie na wieki wieków. Sikający pod siebie Maciej Stuhr niestety również. Cudowna Weronika Książkiewicz - pozostaje nadal cudowna, Sebastian Stankiewicz gra siebie, a nikt nie mógł zagrać lepiej swojej roli jak Katarzyna Warnke. Młody Teodor Koziar grający Tomka Malinowskiego to cholerne chodzące arcydzieło - sztywny, przejęty i kiczowaty aż do bólu.

Ale panie rezyseze, nie rób Pan ludzi w chooja! Przecież to nie jest żaden powrót do "tamtych dni"! Owszem, może Pana, ale większość ludzi wspomina te czasy zupełnie inaczej. Niestety tytuł sugeruje zupełnie coś innego: jakby normą był margines. Jakby każdy w tamtym czasie przeżył coś podobnego i naturalnym jest przypomnienie światu, że te kolorowo-szare czasy dresów z kreszu i krępliny, oglądania hurtowo filmów na video były tylko przykrywką do okrutnej choroby alkoholowej, strachu o życie i życiu w ułudzie, że to się samo zmieni. Ja w tym momencie powiem jak Nikodem Dyzma: A GÓWNO!


Powrót do tamtych dni kończy się po pierwszych, wspaniałych kilkunastu scenach, które genialnie pokazały ten dziwny czas. Dokładnie wtedy miałem mniej więcej tyle lat co Tomek (i Pan), więc to czas moich najfajniejszych wspomnień. A po tym filmie mogę nabawić się jedynie wyrzutów sumienia, że kiedy ja jeździłem na rowerze i marzyłem o motorynce, ktoś, gdzieś chował mamę w łóżku i spał z nożem ze strachu przed własnym ojcem. Współczuję. I nie mam nic na przeciwko, aby w ten sposób walczyć z własnymi demonami. Ale na miłość boską, tytuł jest naprawdę kompletnie z dupy!

Tym bardziej trudno mi oceniać np. wątek żony, Heleny Malinowskiej, która irytowała nas od samego początku pojawienia się problemów, bo jej irracjonalne zachowanie jest naprawdę trudne do zrozumienia. Normalnie w połowie filmu sam zacząłem wierzyć, że to femme fatal , która na koniec pozwoli się ukrzyżować, aby było dobrze. I do tego liczyć na cud, że alkoholizm sam się wyleczy, lub problem rozwiąże nastoletni syn racjonalnie argumentując szczającemu w gacie ojcu, że ma nie pić.



Więc owszem.

Film, który musi obejrzeć obowiązkowo każdy.

Smutny, przerażający, przygniatający.

Po tym filmie zrozumiałem coś, co często było niezrozumiałe: jak ogromnym problemem dla rodziny jest alkoholik. Jak ludzie, którzy go kochali, nagle życzą mu śmierci. Jak łatwo można zrozumieć sytuację, w której małe dziecko zabija terroryzującego matkę - pijanego ojca.

To wszystko stało się jasne i za to Panu dziękuję.

Ale nie baw się Pan uczuciami Polaków nazywając tak film, który ma zupełnie inny przekaz, niż tytuł oraz slogan! Trąci to podejściem żywo wyjętym z "Superprodukcji" Juliusza Machulskiego, gdzie producent Zdzisław Niedzielski (Janusz Rewiński) upiera się, żeby słaby film akcji nazwać "Latarnik - czyli miłość przez K.O.", bo zanim się w szkołach zorientują, że ten film nie ma nic wspólnego z lekturą obowiązkową - milion biletów się sama sprzeda!

I trudno mi się nawet doszukiwać wielkich poetyckich przenośni, bo ich po prostu nie ma.


"Powrót do Legolandu" byłby naprawdę lepszy. Albo już nawet ten "Latarnik - Miłość przez K.O.".