• adimoovi

Mój pierwszy finał. Wasz też.

Dziś wyjątkowy dzień, więc podzielę się z Wami wyjątkowym wspomnieniem, które zwłaszcza dzisiaj, w okrągłą rocznicę nabiera szczególnego znaczenia. Dwadzieścia pięć lat temu, w świecie bez telefonów komórkowych, facebooka i pięciu tysięcy kanałów telewizyjnych, gdzieś w III programie polskiego radia w audycji BRUM - jedynej audycji która starała się trzymać trendy i puszczała rockową muzykę prosto z Jarocina - usłyszałem jąkającego się gościa, który miał jeden cel - nazbierać pieniądze na jakąś pompę. Pompę (sztuczne serce), ponieważ jedyna jaka była w naszym kraju - zepsuła się. Jąkający się gość w czerwonych portkach, wykrzykując ile się da w programie Róbta co Chceta ujął mnie radością i absolutną wiarą w to, że się uda. W smutnym i zrujnowanym komuną kraju, pierwszy na taką skalę starał się zrobić coś dobrego wykorzystując energię młodych ludzi pełnych Rock'n Rolla. Jako zadeklarowany harcerz, zamiast zbierać na piwo, wyjąłem ze wszystkich zakamarków wszystkie swoje pieniądze w różnych walutach, zapakowałem w kopertę i wysłałem zwykłym listem na adres Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Były tam korony czeskie i równowartość około 20 złotych. Miałem 15 lat i to dla mnie była kupa kasy. Zżerała mnie ciekawość czy zgodnie z obietnicami czytają wszystkie listy jakie dostają. Zrobiłem im mały test. Poprosiłem ich o dwa serduszka, a nie jedno, ponieważ chciałem nakleić jedno na swoją gitarę, a drugie na plecak. To nie był czas, kiedy drukowało się 35 mln serduszek jak dzisiaj i każdy dostawał ich tyle ile udźwignął.

Minął miesiąc. W telewizji już dawno odtrąbiono jak wielkim sukcesem zakończył się pierwszy finał. A ja nadal nic nie dostałem... Po trzech miesiącach nadzieja umarła, zwątpiłem w charytatywność i obietnice płynące z telewizora. Zostałem już wyśmiany przez kilku znajomych i wytknięty palcami, jako ten frajer, który uwierzył w bujdy jakiegoś wariata i pozbawił się ostatnich oszczędności. Zamknąłem temat i nie chciałem do niego wracać. Słońce zaświeciło mocniej, a po zimowej akcji rozmywały się nawet wspomnienia. Lato rozpychało się łokciami, a ostatni rok w szkole podstawowej zbliżał się ku końcowi. W czasach bez komórek, życie towarzyskie na odległość rozkwitało za pomocą poczty polskiej i niemal codziennie listonosz przynosił mi nową porcję listów. Dzień przed końcem roku uderzył we mnie piorun. 23 czerwca 1993 roku energia z koperty wylała się z mocą odwrotnie proporcjonalną do wszystkich upokorzeń jakie znosiłem do tej pory. Skakałem do góry, śmiałem się i z wielkim pietyzmem trzymałem na dłoni dwa serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dwa! Oraz krótki, odręczny list, który od lat towarzyszy mi przy każdej przeprowadzce i jest ze mną wszędzie tam, gdzie powinien być: w honorowym miejscu mojego biura. Odręczny list podpisany przez wariata w żółtej koszuli i czerwonych brylach, którym po ćwierćwieczu pochwalę się publicznie, a z którym odwiedziłem wtedy wszystkich niedowiarków wciskając im go między oczy z dumą i wygraną wypisaną na twarzy. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak jest ono ważne w tym wieku wśród piętnastolatków... Moje nieustające wsparcie od 25 lat jest po prostu nieustające. I takie też będzie dzisiaj. I taki sens pomocy będę się starał przekazać moim dzieciom - dzisiaj i przez następne dwadzieścia pięć lat. A raczej do końca świata i jeden dzień dłużej. Brawo Jurek! I dziękuję że wtedy nie zostawiłeś mnie bez odpowiedzi...! :) Poniżej list. PS. BILUŚ - to ja. :) 15.01.2017