• adimoovi

Kiedy się uprę, nie ma zmiłuj.

O PIERWSZYM FRANKU W TYM KRAJU. Rzecz o taktycznym nadawaniu imienia.

Dzisiaj mija siedem lat. Równe siedem lat od kiedy siedziałem na korytarzu wiedząc na co czekam. Siedem lat od dołączenia do elitarnego klubu posiadaczy dzieci obojga płci. Siedem lat od trzydniowego świętowania, przez które przewinęło się kilkadziesiąt osób, wszystkie ewidentnie uszkadzając toksycznie wątrobę i nadużywając produkcji enzymów. Siedem lat odkąd mogłem dumnie spełnić marzenie mojego ojca o przekazaniu nazwiska na kolejne pokolenie, chociaż ten niestety zapanbrat z Alzhemerem nie mógł być tego świadomym odbiorcą i świętować ze mną. Siedem lat od narodzin mojego syna. FRANEK BILIK.

Zapamiętajcie to imię, bo walczyłem o nie jak lew, knując niecny plan, w który wplątałem nawet ministerialnych decydentów. Uparłem się i już. Będzie FRANEK.

Przygotowałem się świetnie. Po przestudiowaniu obowiązujących przepisów wiedziałem, że urzędowe babsko siedzące w rejestracji ma wręcz ustawowy obowiązek odmowy rejestracji - w jej mniemaniu i ślepych przepisów - zdrobnienia za jakie zapewne zostanie uznane imię Franek. Więc przygotowałem misterny plany na miarę bitwy pod Dunkierką. Mając 14 dni na - poniekąd okropnie brzmiący obowiązek - ZAREJESTROWANIA dziecka w urzędzie - odczekałem je całe siedząc w fotelu i majtając nogami jak na prawdziwego, przebiegłego dowódcę przystało. W ostatnim dniu, około południa wręczyłem pełnomocnictwo mojemu kumplo-pracownikowi i wysłałem do odpowiedniej komórki w USC w Opolu wcześniej starannie objaśniając strategię jakiej pod groźbą kary cielesnej kazałem mu się trzymać. Celowo nie poszedłem sam, ponieważ jako Ojciec mogłem podejmować decyzje ad hoc, a człowiek wysłany jako pełnomocnik był związany tylko kilkoma czynnościami i bez konsultacji ze mną nie miał prawa na nic odpowiadać wiążąco od ręki.

Przemek stanął w drzwiach z płomiennym uśmiechem, w eleganckim garniturze w jakim przychodził do pracy każdego dnia, pomimo że casual friday obowiązywał u nas cały tydzień i z pięknie wyreżyserowaną miną położył na biurku formularz zgłoszeniowy nowonarodzonego obywatela z wpisanym imieniem FRANEK BILIK.

Pani Babsko uśmiechnęła się pobłażliwie i przesuwając dokument do stole wyjaśniła: - Tu jest błąd. Źle Pan wpisał. To imię pisze się Franciszek. - Nie proszę Panią, tak ma być. Ma być FRANEK.

Oderwała oczy od komputera i z nad okularów popatrzyła z wyrzutem: - Nie kochanieńki, nie mogę tak zarejetrować. To jest zdrobnienie i nie mogę.

Przemek pouczony, sumiennie odchrząknął: - W takim razie, proszę mi napisać na tym zgłoszeniu że Pani odmawia rejestracji dziecka w terminie - poprawił krawat i mówił bardzo powoli robiąc przejmujące pauzy - a przypominam, że dzisiaj mija ostatni dzień w którym muszę to zrobić. Ja przyszedłem, a Pani odmawia. Nie może być tak, że potem będzie na mnie jakbym tu się nigdy nie zjawił.

Pierwszy etap, pierwszy SZACH postawiony.

Pani Babsko nerwowo wierciła się na krześle. - Ale ja nie mogę napisać że odmawiam. - Ale Pani odmawia....

Zdenerwowana zerwała się z krzesła: - Ja nie mogę tak sama. Ja muszę po kierowniczkę.

Po chwili, jeszcze bardziej zdeterminowane Pani Babsko przyszła i czerwonym długopisem napisała, że odmawia rejestracji imienia, które jest zdrobnieniem i wypięła dumnie swoją pierś na znak wygranej.

Przemek skinął głową i sięgnął do swojej skórzanej teczki. Powoli, podniósł ją, otworzył i wyjął przygotowanie wcześniej odwołanie. Położył je na biurku: - A teraz poproszę o podbicie się tutaj, że Pani je przyjęły do wiadomości - uśmiechnął się dystyngowanie jak jeden z prawników dowolnej powieści Grischama wbijający ostatniego gwoździa w przeciwnika.

"W odpowiedzi na odmowę zarejestrownia zgłoszenia syna o imieniu FRANEK ........" - zaczynało się pismo - czym wprawiło w osłupienie cały gabinet. Panie zbladły, bo kompletnie zbaraniały błyskawiczną, iście szatańską odpowiedzią na ich odmowę sprzed minuty. W odwołaniu przywołałem przepisy innych krajów UE, w których rodzice mieli prawo do nazywania swoich dzieci jak tylko chcieli, byleby imię nie było obraźliwe. Podałem przykład Niemca, który nazwał córkę Lufthansa, a syna Lidl. Poddałem pod wątpliwość celowość idiotycznych przepisów, które pozwalają mi nazwać syna KEVIN, DŻON czy nawet FRANK - tylko dlatego, że jest to imię zagraniczne, ale zabraniają mi nazwać syna FRANEK, bo jest rzekomym zdrobnieniem. Rzekomym, bo jak wtedy nazwać formę Franuś? Pismo było długie i pełne paragrafów.

Szach - mat!

Panie przyjęły pismo, bo nie mogły wypuścić Przemka bez niczego. Kręcąc głowami i łkając w chusteczki, pobiegły dzwonić do ministerstwa., bo jeszcze tak beznadziejny przypadek w ich spokojnej, wręcz szablonowej pracy im się nie trafił.

Po dwóch godzinach, stojąc gdzieś na magazynie, przybiegł do mnie Przemek i zajmując niechybnie pierwsze miejsce na świecie w zawodach na najbardziej wypiętą dumnie pierś zawołał:

- Panie z urzędu dzwoniły! Kazały pogratulować tatusiowi pierwszego w Polsce, legalnie zarejestrowanego FRANKA!

Sto lat synu! :) Może kiedyś to przeczytasz...!

8.01.2017.