• adimoovi

Kiedy niemiecki znasz tylko z Kapitana Klossa - świat robi to co chcesz.

O tym, jak o mały włos nie zostaliśmy bandytami.

Jesteśmy w podróży od wczoraj. Upał niemiłosierny, chociaż dopiero końcówka czerwca. Stoimy już trzecią godzinę w tym cholernym słońcu na ogromnym parkingu gdzieś za Fuldą w Niemczech, gdzie udało nam się dojechać jedną okazją spod Wrocławia. Fakt - nie było wygodnie, bo siedzieliśmy obaj z dwoma plecakami w ciasnej kabinie Transita, a kierowca całą noc gadał jak najęty, żeby nie zasnąć, ale jesteśmy szczęśliwi, że w dobę zrobiliśmy już ponad 1000km. Był rok 1994 i po raz pierwszy oglądaliśmy "zachód" w czystej postaci. Nie jakieś tam NRD na szkolnej wycieczce, ale prawdziwy dziki, z wilczymi kłami kapitalizmu skierowanymi prosto w nasze tętnice - zachód. Mieliśmy po 18 lat, wyrobione z dumą paszporty oraz równowartość dzisiejszych 200zł w kieszeni - i jak przystało na ten wiek: ogromną odwagę ruszyć z tym na drugi koniec Europy. Celem było najniebezpieczniejsze miasto w całej Francji, miasto w którym jako jedynym Policja mogła strzelać do podejrzanego celniej niż gdziekolwiek indziej, a dominującym kolorem skóry był kolor arabski. Miasto, gdzie piękna, starożytna wręcz architektura mieszała się z posiniaczonymi, szwendającymi się niemal wszędzie - obecnymi, byłymi lub potencjalnymi najemnikami z Legii Cudzoziemskiej, z którymi jak wiadomo problemy rozwiązuje się kulturalną rozmową na inteligentne argumenty popijając herbatkę.

Marsylia.

Uparliśmy się, że tam dojedziemy i wiedzieliśmy, że prędzej zapiszemy się na studia z fizyki kwantowej z rozszerzoną matematyką finansową niż zawrócimy z drogi. Po ośmiu latach nauki języków obcych w szkołach w Polsce nadal potrafimy jedynie podkreślić niezrozumiałe wyrazy w rosyjskiej czytance, a za translator służy mi mała kartka papieru na której mam zapisane kilkanaście francuskich zwrotów od których może zależeć nasze życie: "gdzie jest toaleta", "czy może mnie Pan poczęstować papierosem" i takie tam.

Chodzimy od auta do auta, od kierowcy do kierowcy, ale wszyscy chcą nas zawieźć albo do jakiegoś głupiego Paryża, albo właśnie kończą trasę we Frankfurcie, do którego absolutnie nie chcemy trafić, ponieważ na samej mapie wygląda tak ogromnie jak pół Polski i lepiej tam nie zakotwiczyć na wieczór, bo nie wyjedziemy stamtąd przez tydzień. Jest parę minut po 16tej kiedy niebo się otwiera, a strapiony naszym losem Bóg wskazuje nam palcem na horyzoncie jakiegoś rozklekotanego gruchota. Zatrzymuje sie z piskiem obok nas, a kierowca ewidentnie jest dumny, że Citroen DS przetrwał w całości ten brawurowy manewr. Otwieramy drzwi. Facet z urodą Krystyny Loski i włosami Limalha, wśród kłębów dymu uśmiecha się szeroko i pokazuje żebyśmy szybko wskakiwali do środka. Bolek tylko wskazuje mu mapę i pyta: - ALE NIE FRANKFURT? - Ja, Ja! Sznela, sznela! - pospiesza nas kierowca nas Krystyna Loska.

Ja pakuję się na tylne siedzenie odgarniając miejsce, bo auto całe po dach jest zawalone kawałkami drewna, śrubokrętów, skrzynek monterskich itp. Bolek ładuje się do przodu. Kierowca częstuje nas Rothmansami i już ewidentnie rozluźnieni otępiamy się jeszcze bardziej piejąc w duszy peany nad cudownością kultury zachodniej i jej pysznych papierosów. Czyż może być źle? Prujemy niemiecką autobaną 130km/h, a cały świat stoi przed nami otworem. Nagle, kiedy nikotyna zwietrzała, a tlen przyspieszył działanie zwojów - pytam Bolka:

- Te, a on na pewno nie jedzie do Frankfurtu? - Nie, no coś ty, przecież go pytałem! Niepewny już swojego losu biorę mapę i wskazuję na Frankfurt: - Hej, Mister! - mówię - NEIN FRANKFURT JA? Kierowca gwałtownie odwraca się w moim kierunku: - JA! JA! NATURLICH ŻE FRANFURT! - wzrusza ramionami i burczy coś pod nosem

Nasze spojrzenia się spotykają, wiem że cierpnie nam obu skóra. Bolek wyrywa mi mapę i jeszcze raz, ale tym razem powoli, akcentując każdą sylabę upewnia się: - Te, Mister, Ty mi mów: NEIN FRANKFURT TAK? NEIN? Kierowca wzrusza ramionami i lekko poirytowany pokazuje na swój zegarek i kręcąc głową w swoim zwariowanym języku mówi, że absolutnie ma nas gdzieś, bo on ma do godziny 17tej być w centrum Frankfurtu i koniec.

Zrobiło się odrobinę nie przyjemnie. Posypało się z naszej strony trochę międzynarodowych i zapewne zrozumiałych wyzwisk oraz przekleństw, ale kierowca okopał się na swoim stanowisku i nawet dodał gazu. Prosimy go, a ta niemiecka, bezduszna i bez poczucia humoru ofiara stylizacji swojego fryzjera jest nieugięta. Nie daje się uprosić żeby nawet się zatrzymał gdziekolwiek byle przed Frankfurtem. NEIN, NEIN, NEIN!

Smutni jedziemy dalej. Cisza. Po kilkunastu kilometrach mijamy wzdłuż drogi, przez dość spory odcinek wyschnięty, suchy las. Drzewa jakby w naszym hołdzie postanowiły raptownie i grupowo umrzeć, drwiąc sobie z pięknej pogody i sprzyjającej fauny wokół. Nagle, mój przyjaciel prowadzony chęcią przełamywania międzynarodowych barier, zaciągając się papierosem i przewijając w głowie wszystkie filmy w jakich mógł zasłyszeć cokolwiek po niemiecku przypomina sobie coś, co bardzo pasuje do otaczających nas drzew. Jak się możecie domyślać, mogły to być jedynie filmy wojenne, względnie Krzyżacy. Dumny jak paw, że może wykazać się swoimi lingwistycznymi zdolnościami, Bolek otwiera usta i bez zastanowienia zagaduje:

- Hej Mister - szturcha Krystynę Loskę w ramię - widziałeś to? - wskazuje na las. Kierowca robi ździwioną minę - No co się tak patrzysz? LAS! - widziałeś to? - LAS - pokazuje na uschnięte drzewa, a ja wyczuwam, że synapsy u Bolka pracują coraz szybciej zbliżając się do podjęcia sztuki dialogu w języku niemieckim - NO LAS! - kierowca kiwa głową i potwierdza: - JA! Forst! - No. - potwierdza Bolek i cytując zapewne którąś ze scen porucznika Klossa dodaje z dumą - Las KAPUTT! - i zaciąga się głośno papierosem wskazując kierowcy palecem uschnięte drzewa.

Kierowca blednie. Pot spływa mu po jego tlenionych włosach. Spogląda szerokimi oczami na Bolka, potem w lusterko na mnie. Palce sinieją na kierownicy. Przełyka głośno ślinę. Bolek siedzi szczerząc się do niego, ponieważ pierwsza konwersacja we wrogim języku wyszła mu dość skutecznie, więc powtarza zadowolony pod nosem: - Kaputt! Kaputt...

Niewiedzieć czemu, kierowca nagle rozumie nasze rozterki i zmienia zdanie: - NEIN FRANKFURT? - uśmiecha się krzywo i już bardziej wygląda w tej chwili jak Jan Suzin niż jak Loska i jąkając się lekko wystękuje - naturlich! Naaaaturlich!

Citroen był ewidentnie niedocenionym, zamaskowanym rajdowym bolidem lub którąś z wersji Pana Samochodzika. Do dzisiaj nie widziałem, żeby ktoś z takim impetem palił opony, zostawiając nas na najbliższym, ogromnym parkingu. A my dopiero po kilkunastu minutach zrozumieliśmy dlaczego Limalh tak nagle zmienił zdanie...