• adimoovi

Kiedy świat się uparł wmówić Ci, że fair jest wtedy kiedy 3% równa się 50.

Kocham dobre kino. I nie chodzi mi o wygodne fotele i popcorn, tylko raczej o film. Nie jestem być może wykwintnym znawcą i nie zamierzam udawać, że zęby zjadłem na Fellinim czy innym Kurosawie. Od dziecka wolę Woody Allena niż Bernardo Bertollucciego, a dobry film nie oznacza w nim całkowitego braku akcji czy nawet Schwarzenegera.

Kiedy mój mózg jeszcze chłonął wszystko i bezrefleksyjnie zapisywał nie przewidując, że zbliża się już nieuchronnie moment, w którym zabraknie w nim miejsca na zapamiętanie drugiego numeru PIN do karty lub numeru telefonu do rodzonej matki – wszystkie sceny z filmów jakie wywarły na mnie wrażenie zostawały zaplombowane i zamknięte. Na Amen. W głowie. Sceny z „Dwunastu Gniewnych Ludzi”, dialogi z „Kariery Nikodema Dyzmy”, wymowne spojrzenia i życiowe rady z „Prawa Bronxu”, czy pomysły jak wytłumaczyć kobiece majtki na głowie („Dziewczyna z komputera”) – to wszystko zostało mi w pamięci i przypomina się każdego dnia w codziennych sytuacjach. Kiedy stoję przed upierdliwym klientem nie jestem w stanie zapanować nad myślą „co by zrobił Walter White” i z jaką miną by to zrobił… Jestem trochę jak główny bohater filmu „Dream On” (w spolszczonej wersji „Życie jak sen”), w którym każde jego przemyślenie było przejściem na jakąś scenę filmową z wymowną wypowiedzią (najczęściej czarno-białą). Pamietacie? Świetny!

I nastały czasy nowych filmów i seriali.

Nowe efekty, nowe nieskrępowane pomysły, sky is the limit. Zabójstwa tak wyrafinowane o jakich nie śniło się nawet najbardziej psychopatycznym mordercom. Pościgi samochodowe tak destrukcyjne dla całych połaci miasta jakie wcześniej można było zobaczyć jedynie w filmach katastroficznych o tsunami. Filmy wojenne sprzed kilku dekad w porównaniu z dzisiejszymi produkcjami to jak porównanie Bolka i Lolka do Czasu Apokalipsy. Seriale ciągną się latami bez definitywnego końca, aż pomysłowość scenarzysty sięga dna po dwudziestym trzecim sezonie, a Ty włączasz sobie nowy.

Kino, Netflix, Showmax, HBO i tysiąc innych kanałów. Milion premier rocznie.

A w każdej – homoseksualiści.

W każdej nowej produkcji, która nie dotyczy włoskiej mafii, wojny secesyjnej i Smoleńska.

Naprawdę?! To jakiś spisek Iluminatów, czy ustalenia jakiejś sekty gejów-producentów spotykającej się w katakumbach Hollywood, która chce nam wmówić, że to jest tak powszechne i naturalne, że muszę, dosłownie muszę być traktowany czyimś fiutem prosto w twarz? Mam się do tego fiuta przyzwyczajać, bo inaczej już nie będzie?

W dzisiejszym geopolitycznym, bardzo zróżnicowanym świecie uznaję za oczywistą poprawność polityczną, kiedy reżyserzy starają się, aby główni bohaterowie zawsze byli różnego koloru skóry, a nawet wyznania, nawet jeżeli scenariusz zakładał co innego. Pewnie nie zwróciliście na to uwagi, ale zapewniam Was że o ile jeszcze jakiś faszystowski, zdeterminowany reżyser odważy się na przedstawienie Wam pary dwóch białych kumpli, o tyle żaden nie odważy się już stworzyć paczki trójki przyjaciół o nordycko-słowiańskim kolorze powłoki. No chyba że chodzi o gang pedofilów, to wtedy jasne że tak. Oprócz oczywiście filmów Spike Lee, któremu wolno obsadzać samych murzynów nawet w tle.

A homoseksualizm? Skoro jeden facet zamiast zapachu kobiety woli smrodek drugiego – niech tak będzie. Jeżeli zamiast delikatności skóry dziewczyny, jej miękkości i delikatności woli ciągnąć za włosy na tyłku swojego ukochanego – jego sprawa. Niech się całują gdzie chcą, chodzą za rękę i patrzą w zachód słońca tak jak ja. Naprawdę. Szacun dla wszystkich, którzy mają jaja, żeby się z tym nie chować i próbują żyć normalnie. Zarówno kobiet jak i mężczyzn. Gejów i Lesbijek. Jestem z Wami. Tak macie - i nic mi do tego.

Ale żeby za pomocą każdego filmu spierać mi mózg, że to jest tak bardzo naturalne i powszechne jak kupowanie w Biedronce – tego już nie zdzierżę i proszę:

ODPUŚCICIE NAM TROCHĘ.

Czy naprawdę obrazicie się jeżeli w jakimś filmie nie będzie pocałunku dwóch facetów? Czy uznacie to za dyskryminację, jeżeli nawet w dziesięcioosobowej paczce przyjaciół nie odnajdzie się żaden gej?? Czy będzie to powodem do bojkotu serialu jeżeli przez wszystkie osiem sezonów nie pojawi się w nim żaden wątek miłości między dwiema kobietami? Lub facetami…??

Statystyki mówią jasno, iż w najbardziej wybujałych badaniach to maksymalnie 3% populacji. Trzy osoby na sto mają skłonności do zakochania się w osobie tej samej płci. Trzy. Na sto. Ale według Netfilxa, HBO czy każdej nowej produkcji filmowej ostatnich kilku lat miętolący się namiętnie faceci występują w takiej samej ilości co kochające się damsko-męskie pary. Na każdą zakochaną parę w fimie musi przypadać przynajmniej jeden Gej. Oglądasz sobie jakiś serial kryminalny – kochanek zabił Geja. Puszczasz sobie film obyczajowy o dzieciach – musisz chcąc nie chcąc zacząć zastanawiać się jak to robią ze sobą dwie kobiety, które właśnie walczą o prawo do dziecka z jego ojcem, i wygrywają, bo on nie umie robić prania. Ale, ale! Nie! Nie musisz się zastanawiać jak to robią, bo w następnej scenie już masz wszystko podane na talerzu. I w kilku następnych również. Fajny film o sportowcu? Gej, który właśnie odkrył, że jego kolega bokser to też gej i od razu zdobywa medal. O studentach? Połowa to geje, którzy najpierw byli hetero, ale popróbowali na jakiejś imprezie i okazało się co? No co...?? Facet był stuprocentowym twardzielem przez połowę filmu i właśnie zabił i zjadł swoją ofiarę? Co z tego! Spotkał przypadkiem homoseksualistę, który do niego mrugnął, otarł się o jego paznokieć – i patrzcie: w moment odnalazł w sobie rasowego Geja tarzającego się w łóżku jak nigdy dotąd zadając sobie pytanie „co ja do tej pory robiłem z kobietą?!”…

Dużo oglądam. Trochę też czytam. Skoro tak mało jest w książkach o homoseksualnej miłości – skąd takie ambicje u filmowców? Kiedy przez ostatnie 20 lat myślałem, że jest mi tak daleko do homofoba, jak daleka może być dla mnie myśl o przejechaniu rowerem Europy, tak w ostatnim czasie zaczynam się nerwowo zastanawiać co będą oglądać moje dzieci.

O ile będąc świadomym europejczykiem, cywilizowanym i w miarę normalnym człowiekiem uczyłbym ich absolutnej tolerancji i szacunku dla homoseksualistów, o tyle szlag mnie trafia, że zaczynam być skazany na podprogowe wpieranie im poprzez filmy, że gejów i lesbijek jest na świecie tak samo dużo jak osób heteroseksualnych – co oczywiście jest absurdalną manipulacją, fikcją i bzdurą. I że jest to tak samo naturalne jak miłość dwojga osób przeciwnej płci. Czy muszę być przeciwwagą i tłumaczyć im sam, a przy tym wychodzić na małomiasteczkowego gbura, homofoba właśnie? Bo jeżeli przecież powiem głośno że odrobinkę, no ciut-ciut zaczynają mi przeszkadzać te nachalnie wpierane kłamstwa - to wyjdę na takiego, no nie?

Całe szczęście mam to w dupie.

A moje dzieci zamiast fantastycznych scen pełnych dialogów od jakich puchnie mi głowa, będą dorastały oglądając sączącą się "prawdę" z telewizora o tym, że na każdego hetero przypada na pewno, minimalnie jeden homo.

I mieszkając sobie spokojnie w niewielkim, wojewódzkim mieście, będą dojrzewać gryząc się z myślami, że w otaczającym ich realnym świecie... … COŚ JEST JEDNAK NIE TAK.

Amen.



1 wyświetlenia