• adimoovi

Jak semantyka może pozbawić Cię życia.


Po pięciu latach super prosperity w firmie, która zwojowała i zdominowała swój kawałek rynku tak brawurowo jak niechciana biegunka na pierwszej randce - przyszedł czas mocnej weryfikacji i gwałtownego spadku, zarówno w finansach jak i w otoczeniu najbliższych osób. Po czterech latach również nadszedł długo oczekiwany koniec umowy leasingowej na arcydrogi samochód kupiony w przypływie miłości. Raty po niemal pięć tysięcy złotych skończyły się jak kariera prezesa Lehmann Brothers - nieoczekiwanie. Byliśmy przekonani, że tego doklejonego garba będziemy nosić jeszcze rok, a jak widać byliśmy tak głupi, że zajrzeliśmy nie do tej umowy co trzeba. Świętowaliśmy tą niespodziankę dość hucznie, aż zaczęły boleć nas wątroby. Po spłacie wykupu i w trakcie oczekiwania na przepisanie dowodu rejestracyjnego z firmy leasingowej na nas - wyjechaliśmy do Gdańska zamknąć kolejny, nie rentowny już oddział. Odkąd kilka miesięcy wcześniej okazało się, że dziewczynę która miała prowadzić w naszym imieniu ten punkt żywo zainteresowała się zupełnie inną branżą niż odzieżową i zdecydowała się, że zostanie plantatorem konopi indyjskich na zapleczu - oddział nie mógł się podnieść ze sławy jaką nam przyniosła. I z zapachu. Dwadzieścia cztery drzewka zrobiły robotę, a widowiskowe zatrzymanie jej przez policję dostarczyło wielu materiałów marketingowych konkurencji.

Wyjechaliśmy zatem o czwartej rano z domu, żeby przed południem spotkać się z właścicielem obiektu i zlikwidować oddział. Muzyka rżnęła głośno, ja z teściem na przednich fotelach, a żona dzielnie śpiewała na tylnej kanapie. Po trzydziestu kilometrach wjeżdżamy do Kluczborka i mijamy zaparkowaną policję obok, która po siedmiu sekundach dostaje szału i rzuca się za nami w pogoń. Sygnały budzą wszystkich w promieniu kilometra, wyją na całe miasto, a mrugające dwukolorowe światła dodają grozy sytuacji w środku jeszcze ciemnej nocy. Radiowóz zajeżdża nam drogę, a z samochodu wyskakuje trzech mundurowych. Dosłownie. Wyskakuje. Dwóch staje na rogach - jeden tylnym za kierowcą, drugi przy teściu rzucając mu wyzywające spojrzenie prosto w twarz, a trzeci z odległości metra staje obok mnie i nakazuje otworzyć szybę.

W tym momencie muszę Cię zapytać, czy czytałeś moje poprzednie wspomnienia? Jeżeli nie, to biegnę z uświadomieniem Ci, że niestety, ale w takich sytuacjach skrajnie nerwowych, gdzie dla przykładu mój jakże doświadczony życiowo druh na prawym fotelu - posiniał i z wrażenia niewiedzieć czemu założył czapkę - ja dostaję lekkiej, głupawki i do głowy przychodzi mi cała masa wyrafinowanych prztyczków w nos. Chce mi się śmiać, zwłaszcza jeżeli widzę kiedy ktoś po drugiej stronie stara się wprowadzać w życie misterne procedury których uczył się z książek przez pół życia, ale nigdy nie miał okazji ich zastosować.

Wracamy do akcji. No więc szef nocnego patrolu stoi, próbując robić minę bardzo zdeterminowanego i groźnego. Otwieram okno, a wyjące syreny wraz z mrozem wpadają do auta. - XSIOPJS OKS WKDS MXSK ! - mówi do mnie. - Panie! - krzyczę - rozumiem: akcja akcją, ale wyłącz rzesz Pan te koguty, bo nawet rozmawiać nie można. Nic nie słyszę! Ścigacie kogoś jeszcze teraz?? Na twarzy dwóch stojących w obrębie mojego wzroku Policjantów maluje się lekka konsternacja. Jak widać tak przejęci byli regulaminowym wyskakiwaniem z auta, że aby nie pomieszać nóg zapomnieli wyłączyć dźwięk. Wymienili się znacząco spojrzeniami i ten pilnujący mojego teścia odszedł wyłączyć to cholerstwo. Kiedy tylko wszystko milknie, ten przy mnie poprawia swoją czapkę i powtarza dużymi literami:

- DO KOGO NALEŻY TEN POJAZD?

I tu, dochodzimy do pewnej puenty, którą jeżeli uważnie czytaliście początek - zapewne zrozumiecie bez trudu. Chcąc być szczery, zwłaszcza kiedy przez kilka lat na studiach prawa wmawiano nam, jak ważne jest każde słowo, każdy przecinek, a każde jasne deklaratywne i kategoryczne zdanie może zostać zinterpretowane na wiele sposobów wg. różnego rodzaju wykładni - a to na ten przykład celowościowej, logicznej czy innej gramatycznej - tak ja, widząc przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w mig sobie to wszystko przypominiałem, a mój mózg zaczął mi na szybko wskazywać wiele różnych ścieżek i implikacji każdej z odpowiedzi jaka właśnie przychodziła mi do łba. Myślałem. Auto moje. Już spłacone. W dowodzie rejestracyjnym jako właściciel jeszcze Europejski Fundusz Leasingowy. W firmie leży już papier od nich, że auto spłacone i mogę je przerejestrować na siebie. Jestem już właścicielem tego auta, czy nie? Hmm.... Zaraz, zaraz! A czy Pan policjant pytał o to, kto jest właścicielem, czy POSIADACZEM auta? Przecież POSIADANIE związane z "NALEŻENIEM" to nie koniecznie to samo co "bycie właścicielem"... Hmmmmm...... I kiedy zacząłem oddawać się w kierunku filozofii i teorii prawa, kiedy w głowie miałem już kilka rzymskich starożytnych maksym pasujących do sytuacji, ciszę przerwał Pan Generał:

- PYTAM PO RAZ OSTATNI: DO KOGO NALEŻY TEN POJAZD! - tym razem już krzyknął

A ja, dochodząc do wniosku, że nie mogę zawęzić odpowiedzi do prostego stwierdzenia by uniknąć ewentualnej kary dożywocia - ze szczerym uśmiechem idioty, pękającym z dumy, że udało nam się to cholerstwo warte ładnego mieszkania spłacić w 4 lata odpowiadam:

- W zasadzie trudno powiedzieć..... - wzruszyłem ramionami i kiedy już chciałem kontynuować momentalnie przestało być zabawnie. Pan Generał wyjął pistolet, a ten stojący obok teścia już trzymał go w ręku. Dzielny, prawie dwumetrowy chłop, ojciec mojej małżonki osunął się z fotela. Jego kolor skóry momentalnie zmienił jego narodowość na rasowego Islandczyka.

Niestety. Nie zamknęli mnie, żebym miał jakieś widowiskowe zakończenie tej opowieści. Nawet bezczelni nie skuli w kajdanki. Tryumf na twarzach mundurowych zgasł szybko, niemal tak szybko jak się na nich znalazł, jak tylko stojąc z wyciągniętymi rękami przed autem wykrzyczałem motywy swojej jakże rzetelnie przygotowanej odpowiedzi.

Panowie Policjalnci zostali na wsze-czasy w mojej głowie reklamą systemu monitorowania pojazdów i ogromnego zaangażowania całego systemu administracji w moje prywatne sprawy. Przez chwilę wierzyłem, że nawet Minister nie spał kiedy ja zdzierałem gardło przy "Cold outside". Za co ich sumiennie przeprosiłem i podziękowałem w imieniu całej obsady samochodu.

Więc jeżeli już wpadliście na pomysł zamontowania sobie w samochodzie takowego monitoringu i ktoś gdzieś w jakimś zakamarku komputerowego świata przez 24 godziny na dobę zaofiarował się, że będzie pilnował Twojego auta - nie wystawiaj go na próbę. Pamiętaj, że zadeklarowałeś miejsce postoju samochodu do godziny 6tej rano codziennie w jednym miejscu - we własnym garażu. A jak jesteś idiotą, który ma czelność wyjechać gdzieś przed tą godziną, to bądź chociaż łaskaw odebrać telefon kiedy próbują do Ciebie dwadzieścia razy dzwonić zamiast sprawdzać jak głośno możesz słuchać muzyki z teściem!