• adimoovi

Jak miałem zawał i o mało co nie zostałem zjedzony przez geriatrię.

10 października 2016.


No i stało się. Wylądowałem dzisiaj na WCM-mie (dla niewtajemniczonych: Szpital Wojewódzki). W miejscu gdzie normalni ludzie mają serce zaczęło mnie boleć i nie przestawało już od jakiejś soboty. Wtedy zaaplikowałem sobie jedyne znane mi homeopatyczne lekarstwo, które zazwyczaj działa na wszystkie dolegliwości - syrop z jednego z polskich Polmosów. Zadziałało. Do połowy niedzieli i tak nie wiedziałem co tak naprawdę mnie boli, więc wlokłem się za rodziną po wszystkich pasażach handlowych ledwo zipiąc, łapiąc klimat jednej z ostatnich niedziel pracujących jak milion innych ocierających się o mnie zmęczonych sobotą mężczyzn. Chociaż nie wszyscy: co młodsze koguty wyżelowane jak Johny Bravo w odprasowanych swetrach przechadzają się ze swoją upudrowaną miłością, krocząc dumnie, pachnąc jeszcze porannym szamponem zadzierają wysoko brodę. Pomimo moich prawie40 lat nie wyrobiłem sobie jednoznacznej reakcji na ich pogardliwe spojrzenia oceniające mój jakże zwykły, codzienny, absolutnie nieniedzielny strój. Wieczorem odżyłem i kiedy tylko zacząłem żwawo fikać pomiędzy piętrami jak kozica w alpach, od razu przypomniałem sobie dlaczego w ogóle postanowiłem się znieczulić dzień wcześniej. Serce. No cholera, dalej boli. Zatem poddałem się i około 13tej odwiozłem się sam do szpitala - oczywiście pachnący szamponem i wyżelowany.

W tym szpitalu to jednak pracują sami kłamcy. Wchodzę i widzę, że oprócz kilku walczących o życie osób - nikogo nie ma. Phi! - myślę - za godzinę będę już w McDonaldzie zatykał ostatnie ledwo zipiące żyły. Już w rejestracji chłopak wpisujący mnie na Izbę Przyjęć odkręcił wąż strażacki i siknął mi nim w twarz sprowadzając mnie na ziemię. Pouczenie o kolejności trafiania do lekarza ustawiło moje plany na nadciągające popołudnie uświadamiając mi że dopóki nie zemdleję - jestem dla pracowników szpitala okazem zdrowia, który po prostu ześwirował i jak pierwszy lepszy spanikowany hipochondryk przyleciał podciągając sukienkę, żeby zmierzyć sobie za darmo ciśnienie. Czas przyjęcia do 240 minut. Tiaaa.... No więc siedzę. Zdajecie sobie sprawę, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia? No właśnie. Siedząc w korytarzu największego szpitala w województwie we własnych oczach zaczynam się z minuty na minutę oceniać własną osobę coraz lepiej - okaz zdrowia, tryskający energią, czarem, elastycznością i nieodpartą chęcią rozpoczęcia przygody z kulturystyką, kolarstwem wysokogórskim i biegiem w maratonie. Kiedy moje rozważania nad dalszą sportową karierą przybierają już postać samotnej przeprawy kajakiem przez Ocean Spokojny - ktoś szarpie mnie za ramię i woła: - Panie Bilik! Do EKG! Kurcze, przecież minęło dopiero jakieś 25 minut! Badanie przebiega w miłej i rzeczowej atmosferze. Tak szybko i sprawnie, że nie wiedząc jak - znalazłem się pod drzwiami kolejnego gabinetu z całą brygadą siwych babć o różnym stopniu pomarszczenia rozprawiających o totalnym chaosie panującym w służbie zdrowia, odwiecznym bałaganie, kolejkach i tak jak w polskim kinie -ogólnie trawiącej dłużyźnie. Oczywiście moralnie wsparłem ich utyskiwania kiwając głową na wszystko co mówią, i dodając od siebie bardzo mądre "No taak", "ojej" itp złote myśli podnoszące ich na duchu, bratając się z moimi nowo poznanymi psiapsiółkami. Starały się mnie pocieszyć licytując się ile one nie spędziły godzin na tych krzesłach, wróżąc mi z miną doświadczonego trapera po środku stepu oczekiwanie na poziomie kilku godzin. Co śmielsze zaczęły nawet ostentacyjnie głośno wygłaszać teorie spiskowe, wg. których ich karty się zagubiły i niechybnie spędzą tu resztę życia niezauważone przez nikogo. Były szczęśliwe, że ktoś ma gorzej o nich, bo jako świeżak w tym towarzystwie zapewne liczyły że będę zabawiał ich rozmową do końca dnia. Kiedy już planowaliśmy sobie zrobić jakieś wspólne tatuaże rozległo się wezwanie: - Pan Bilik - otworzyły się ostro drzwi - proooszę. Gdybyście widzieli ich spojrzenia... Huragan Mattew z Florydy to przy tym słodki zefirek. Czmychnąłem i po 10 minutach byłem już przebadany. Pobrano mi krew i poinformowano, że muszę poczekać conajmniej półtorej godziny na wyniki, a pielęgniarka - zapewne po bardzo drogich kursach czytania w myślach uprzedziła mnie, żebym nawet nie myślał o wyskoku po Hamburgera, bo po to mi zakłada wenflon, żeby mieli się do czego podłączyć jak zwalę się gdzieś na podłogę z krzesła w poczekalni. W końcu mogę mieć cichy zawał i po to badają mi krew! Zapytałem o numery w totoloka. Nie znała. Poprosiłem o wyjście innymi drzwiami, żeby te lwice na korytarzu nagle nie ozdrowiały i nie wydrapały mi oczu - bo nie dam rady czekać jeszcze kolejce do okulisty.

Dostając przepustkę na wyjście do kiosku, wyposażony w gazetę i sneakersa cichutko po 20 minutach przycupnąłem w stadzie z podkulonym ogonem wyczuwając jeszcze gdzie niegdzie lodowate spojrzenie moich byłych kompanek w niedoli. Wiedząc że mam jeszcze ponad godzinę, zacząłem grzecznie czytać jak Pan Bóg przykazał gazetę od końca. Tam są zawsze niedoceniane artykuły i ambitni - jeszcze nie przeżarci sławą autorzy i w ten sposób oddaję im po ciuchu mój hołd. O dziwo - po pół godzinie, żadna babcia nie zniknęła z kolejki. Wszystkie siedzą tak jak siedziały na początku. Rozmowa znowu zaczyna się kleić - w końcu wszyscy znowu czekamy na wyniki badań. Atmosfera się rozluźnia. Mogę wyprostować nogi i rzucić jakimś lekkim dowcipem, a Panie zrywają boki znowu z nadzieją, że będę je zabawiać opowieściami jak z tysiąca i jednej nocy...

Otwierają sie drzwi. Pada na mnie blady strach. - Pan Bilik - uśmiecha się do mnie pielęgniarka - bardzo proszę.

Ledwo uchodzę z życiem uskakując przed pazurami żądnych mojej padliny starszych Pań i wskakuję do gabinetu zatrzaskując drzwi, zastawiając je ciałem. Udało się.

Badania wyszły cudownie. Lekarze potwierdzili swoją teorię, że jestem pieprzonym hipochondyrkiem, spanikowaną paniusią w jeansach, która z powodu nadmiaru czasu przyszła sobie zmierzyć za darmo ciśnienie blokując innym, bardziej potrzebującym dostęp do bezpłatnej służby zdrowia. A ja po raz kolejny ze strachu wychodzę bocznymi drzwiami.

Tak. W szpitalu kłamią. Miało być oczekiwanie 240 minut. Miało być nudno i strasznie niecierpliwie. Miało być mało fachowo i na pewno nie miło... A w dwie i pół godziny zaliczyłem trzy wizyty u lekarza, badania EKG, krwi i wypis, pośmiałem się z lekarzami, posłuchałem mądrzejszych od siebie w profesjonalnej atmosferze.

I obiecałem wszystkim napotkanym lekarzom i pielęgniarkom z WCMu, że ich pochwalę. Co też z największą przyjemnością czynię! Alleluja!