• adimoovi

Jak jeden mały karp i czapeczka z Leżajska może przekreślić Twoją karierę prawnika.

Bieszczady. Mniej więcej 1997-1998r.

Masz dwadzieścia jeden lat. Masz fantazję, nie masz pieniędzy i rzadko kiedy liczysz się z konsekwencjami. Liczy się tu i teraz.

Pole namiotowe, Bieszczady. Urokliwy zakątek przy samej zaporze - wspólne ubikacje, zimne poranki i betonowa plaża wśród której ciężko znaleźć kawałek nieskalanej porozbijanymi butelkami trawy. Jest wspaniale. Na wczorajszej promocji piwa Leżajsk dostaliśmy w trójkę trzy stylowe rybackie białe czapeczki z daszkiem wokół całej głowy, przez co czujemy się lepsi od pozostałej części chłopaków. Nosimy je z dumą i nie ściągamy ze łba. Jeden z nas ma świetny magnetofon Sony, który niestety żre baterie jak każdy chłop pierogi ruskie i co chwilę zamiast grać - pięknie wygląda. Kasa się kończy, więc wydatek na baterie to kompletne szaleństwo i aby posłuchać jakiejś nuty musimy gromadzić się wokół najbliższej dostępnego gniazdka. Magnetofon należy do Tomka, który z nowopoznaną dziewczyną praktycznie nie wychodzi z namiotu przez całe dnie. Ochrzciliśmy go "farmaceuta" bo ma saszetkę pełną różnych lekarstw na każdą dolegliwość, więc jak tylko kogoś coś zaswędzi czy zaboli - leci do niego, spowiada się przez ściany namiotu ze swojej choroby, a za chwilę z namiotu wystaje ręka z odpowiednio dobranym specyfikiem.

Po śniadaniu przechadzamy się w trójkę po zaporze spoglądając na kłębiące się na dole ryby. - Tyle tu jesteśmy, a nawet ryby nie zjedliśmy - mówi Andrzej, obecnie dyrektor oddziału zacnego banku - może byśmy chociaż złowili tu kilka? - Zwariowałeś? Przecież tu jest podobno jakiś rezerwat! - odpowiadam jako jedyny myślący rozsądnie przyszły prawnik. - Łeee - mówi Bartek przeciągle zaciągając się papierosem - tam jest - pokazuje na daleki horyzont - a tutaj skoro ich tyle jest, to co się stanie jak wyciągniemy jedną rybę..? - No albo pięć....? - dodaje dyrektor.

No i przekonali.

Mając misję do zrealizowania pędzimy niesieni jak na skrzydłach do najbliższego sklepu. Nie jest to WalMart, ale znajdujemy szybciutko haczyki, żyłkę i spławiki. Tak - spławiki bardzo ważna sprawa. Gdzieś tak słyszeliśmy że bardzo ważna, więc nie możemy nie mieć spławików! Dobieramy odpowiedni grubą żyłkę, bo przecież wiemy jak świat długi i szeroki, że będziemy zasadzać się na ryby wielkości Merlina. Zachwyceni pędzimy do lasu żeby znaleźć chociaż kawałek odpowiednio wytrzymałego kija żeby każdy z nas zrobił sobie wędkę i podnieceni jak cholera składamy wszystko do kupy. Pękamy z dumy już prawie tak mocno, jak będą pękać z dumy nasze dziewczyny kiedy przyniesiemy im po pięknej dużej rybie i to prawie za darmo. Już czujemy się jak bohaterowie powieści Dickensa, czas zwalnia, słońce jakby zawstydzone chowa się za chmury, a ryby z dna zapory rozpierzchują się na boki czując naszą moc. Armagedon dla tych biednych stworzeń jest już blisko. Jesteśmy panami zapory i udowodnimy wszystkim niedowiarkom, że mężczyzna głodny i zdeterminowany - to mężczyzna jaskiniowy, który dzięki swoim naturalnym instynktom wie jak zapewnić byt swojej kobiecie. Stajemy na początku tamy.

Zarzucam moją półmetrową wędkę. Wszyscy gapimy się w dół nie wiedząc co się stanie. Haczyk leci z prędkością spidermana trafiając ą jednego z Karpi w łeb. Ryby rzucają się jak opętane. Kłębowisko spieniło wodę zupełnie jak w filmach o żarłocznych piraniach. Totalnie zdziwieni gapimy się przez chwilę na siebie: - Wyciągaj! Nie mogę uwierzyć, ale moja wędka jest ciężka jak cholera. Ciągnę, zawijam żyłkę, koledzy mi pomagają w pośpiechu chichrając się jak dzieci: mamy pierwszą rybę i to za pierwszym rzutem!!! Piękny karp, który w moich wspomnieniach urósł już do rozmiarów delfina jest w moich rękach. Chłopaki rzucają się do połowu. Wiedzą, że teraz nie dość, że muszą sprostać oczekiwaniom swoich wygłodniałych kobiet, ale już co gorsza - muszą wyjść na podobnych stuprocentowych troglodytów mających wędkarstwo w małym palcu jak ja!

Bezceremonialnie rozpoczyna się połów po całej zaporze. Bartek i Andrzej z coraz to większym zaangażowaniem zarzucają swoje haczyki coraz dalej i głębiej. Zamach ręką robi się głębszy, a kawałki bułek doczepianych do haczyka coraz większe. Kroczą przez tamę już osobno, każdy oddany swojej nowej pasji. Ja już nie muszę nic udowadniać. Moja ryba grzecznie dławiona powietrzem dogorywa sobie w reklamówce. Jako wielki fachowiec - doradzam Bartkowi jak ma trafiać ryby w głowę, żeby wyciągnąć tak dorodną sztukę jak moja. Nie oszukujmy się - dochodzimy do momentu, w którym chciałby wyciągnąć jakąkolwiek sztukę...

Nagle ktoś energicznie stuka Bartka w ramię. - Nie teraz! - mówi z papierosem w kąciku ust - zaraz ją będę miał! Odwracam się i tracę oddech. Delikatnie odsuwam się od niego na krok do tyłu i zaczynam spoglądać na płynące niedaleko żaglówki, jakbym właśnie dla tego widoku tu przyszedł. - Pan pójdzie ze mną - odzywa się tubalnie umundurowany strażnik - Pan nie wie że tu jest ścisły rezerwat ?? - Łapie Bartka za rękę. Teraz, kiedy ma głównego sprawcę spogląda na mnie: - A Ty? Też łowiłeś?? - mówi z wyrzutem. - Jaa...? - ociągam się z odpowiedzią... przecież studiuję prawo i skazanie mnie na kilka lat więzienia za złowienie ryby w rezerwacie na pewno przekreśliłoby moją karierę prawniczą jaką sobie zaplanowałem. - Jaaa...? - No tak! A kto? - Nie proszę Pana - gładko kłamię, ponieważ moje rozbiegane synapsy podpowiadają mi, że nie zostanę Sędzią Trybunału Konstytucyjnego jeżeli spotka mnie tak los jak Bartka - ja nie. Ja go prawie nie znam... - wzruszam ramionami.

Strażnik poprawia czapkę i rzuca okiem na moją reklamówkę, która wierzga mi na boki jak oszalała, ponieważ ryba zapewne zwąchała swoją ostatnią szansę na powrót do jeziora i miotała się w niej we wszystkie strony bezgłośnie wzywając pomocy jak sprzedawca alkoholi w pierwszej scenie "Od zmierzchu do Świtu". Chowam ją za plecy i delikatnie wycofuję krok do tyłu, żeby nie być w zasięgu ramion Strażnika. Ten mruży rozgniewane oczyska i przez sekundę zastanawia się co ze mną zrobić. Odwraca się w kierunku Andrzeja, który zaszedł w swojej osobistej pogoni za rybą dobre 100 metrów dalej i nadal jakby nigdy nic zarzuca z całym rozmachem swoją wędkę mijając kolejnych gapiów. - Czy Wy jesteście razem?? - mówi z miną Sherlooka który właśnie rozwikłał zagadkę ma miarę Psa Basckerwil"ów. Oboje gwałtownie zaprzeczamy. - A te Wasze czapeczki to niby przypadek?? - zauważa Sherlook z uśmieszkiem Teraz zauważamy, że faktycznie, wyglądamy jak z jednego klubu wędkarskiego: tylko nasza trójka na całej tamie ma piękne, białe czapeczki z rondem dookoła głowy i wielkim napisem LEŻAJSK. Spuszczamy głowy, bo zaczynamy zdawać sobie sprawę jakiego matactwa będziemy musieli się dopuszczać kiedy sprawa trafi niechybnie przed sąd.

Zbieram się na wyżyny odwagi i po prostu oddalam się z moją rybą w kierunku Andrzeja, żeby chociaż jego ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i żeby przestał w końcu zarzucać tą cholerną wędką!

Bartek zostaje odprowadzony do strażnicy i tam ze spuszczoną głową czeka na policję, a my z Dyrektorem chowamy przeklęte czapeczki do kieszeni i uciekamy na pole namiotowe. Nerwy już puściły i zaczynamy się z tego śmiać. Przydałaby się muzyka, ale baterii brak. Farmaceuta mówi, że coś wymyśli jak tylko skończy coś co znowu robi w namiocie. Dziewczyny sprawiają rybę dość szybko i postanawiamy wspólnie, że zjemy ją wszyscy razem jak wróci skazaniec. O ile wróci...

Po około godzinie na pole wchodzi Policja z Bartkiem. Przyszli po 50zł na mandat, bo tyle nie miał przy sobie. Robimy ściepę. Obok jednego z namiotów sterta łusek, którą niezdarnie stara się zakryć Ola swoim chudym tyłkiem. Zapada przejmująca cisza. Nawet bieszczadzkie ptaki wstrzymały swój jazgot by obserwować finał tej greckiej tragedii.

Nagle z namiotu farmaceuty wydobywa się głos. On jedyny nie wie co się dzieje. - Adaś! To jak? Idziemy po te baterie do sklepu? Drżę, bo już chyba wiem co wymyślił mój super kolega. Policjant nie zwraca uwagi na moje zmieszanie, a ja nie mam cienia szansy na to, żeby w jakiś sposób uciszyć Tomka i jego genialne pomysły. - Nie bój się! - mówi - wiem, że nie mamy kasy na te przeklęte baterie. Dlatego wiesz - chrapliwie zaczyna się śmiać - nie mam zamiaru ich kupować! Rozumiesz, no nie....?! Oni tam nie mają żadnych zabezpieczeń...!

Moje spojrzenie napotyka okrągłe ze zdziwienia oczy reprezentanta władzy wykonawczej w Polsce, który nie może uwierzyć co właśnie usłyszał. Ja czuję się jak kryminalista, a Policja zapewne robi adnotacje w raporcie, że na polu namiotowym koczuje zorganizowana grupa przestępcza którą trzeba objąć skrupulatnym dozorem... Kurczę się w sobie, zamykam.... A uśmiech Tomka znika kiedy w końcu jego głowa wyłania się poza próg namiotu.

Adam Bilik PS. Szok, ale jedno z niewielu zdjęć jakie mam w ogóle z tamtego okresu przedstawia właśnie tamten moment - i tą wielką rybę