• adimoovi

Jak brak kompetencji może zrujnować Twoje marzenia o krokietach.

Kolega od rana namawiał mnie na skorzystanie z sił natury. Na wszystkie rodzaje złośliwości które moje ciało na codzień dodaje mi do życia, przez pół dnia tłumaczył mi jak uzdrawiające ma właściwości CHLOREK MAGNEZU. Chromych prostuje, nieświadomych - oświeca, włosy rosną jak szalone i nawet wędkarzom od razu bierze ryba. Jako że kuruje również wątrobę, smaruje stawy, zamyka popękane stopy i sprawia że auto mniej pali - żywo zainteresowałem się tematem. Tomek - bo imię jego takowe - przez kolejnych kilka wykładów, a musicie wiedzieć, że człowiek tak samo lubi smakować swoje słowo wypowiadane jak ja swoje pisane - prawił mi że jedyna fachowa apteka w jakiej funkcjonują sami kompetentni w temacie to ta na Krawieckiej. Ludzie Ci zapewne niczego nieświadomi musieli godzinę drapać się w gorące uszy, a ja już dawno nie słyszałem takich peanów pełnych zachwytu i tak obrazowej odmiany słowa "KOMPETENCJA" w każdym przypadku, trybie, osobie i czasie w jednym zdaniu zajebiściezłożonym.

Pomyślałem, że gdybym kiedyś dowiedział się, że ktoś o mnie mówi w takiej euforii w 20% procentach - byłbym człowiekiem spełnionym. I zapewne kompetentnym. Nawet gdyby to miało dotyczyć tylko kompetentnego robienia jajecznicy.

No więc jako że sobota to u mnie wybitnie pracujący dzień, on pognał do kompetentnej apteki, a ja na Allegro szukając tego cudownego leku na wszystko. Po południu pytam go grzecznie wysyłając mu dwa linki: który to ten specyfik pełen magii? Chlorek Magnezu farmaceutyczny sześciowodny, czy Czysty? Bo nie chciałbym kupić nie tego co trzeba. Przejąłem się.

Po drugiej stronie linii nagle wyczuwam przeciągającą się ciszę. Ciszę, która kończy się obezwładniającą się puentą, obrazującą pełen obraz kompetencji fachowców z apteki i jej nagłego zakończenia: - KURWA, Ja jej mówię chlorek, a ta mi dała Siarczan....! JAKIŚ SIARCZAN MAGNEZU mi sprzedali! A nie chlorek kurwa jego mać...!!!

Kurtyna.

No ale jako że ja mam od dziecka głowę napchaną do pełna wszelkiej maści analogiami i porównaniami, dla dodania mu otuchy, opowiedziałem mu szybko króciutką historię, której bohaterem będzie (niemal już tradycyjnie) MIŚ, mój przyjaciel z czasów studenckich, wieloletni współlokator i kumpel ze szkoły średniej. A on niemal kazał zrobić mi z tego ową opowieść.

Pewnej pięknej niedzieli, kiedy po w pełni wyczerpującym studenckim tygodniu i wieńczącym go weekendzie kiedy już nawet nie mogliśmy patrzeć na zapitkę, a nikt z nas jeszcze nie przywiózł z domu absolutnie żadnej nowej dostawy słoików z jedzeniem, robiąc pełną inwentaryzację zamrażarki dokopaliśmy się do skamieliny która przypominała krokiety. Była twarda, zarzucona lodem i z porozdzieraną folią, ale już zacieraliśmy ręce na tak wspaniałą ucztę jaka nas czekała. Nasze czerwone z radości i kaca pyski, ledwo odtajały od alkoholu, a my już mlaskaliśmy wyobrażając sobie chrupiącą i złocistą skórkę miękki farsz z kapusty i grzybów, a w ustach już czuliśmy lekko słodkawy i kwaśny jednocześnie smak gorącego czerwonego barszczu, który sprawiłby że wrócilibyśmy do pełnej formy jeszcze przed 13tą.

Zabraliśmy sie zatem do roboty: jeden zaczął szukać patelni w całym domu, inny tłuszczu, trzeci rozbijał młotkiem krokietową bryłę. Kiedy patelnia zaczęła skwierczeć, wszyscy zaczęliśmy wywracać swoje kieszenie w poszukiwaniu ostatniego grosza na upragniony barszcz. Z wielkim wysiłkiem, wygrzebując skąd się da, uzbieraliśmy niecałe dwa złote. Na cudowną torebkę Barszczu Winiary. Jako że MIŚ delikatnie mówiąc nie był najodpowiedniejszą osobą by powierzyć mu funkcję szefa kuchni, który pilnowałby naszych złotych krokietów - posłaliśmy go do sklepu. Czas dłużył się niemiłosiernie. Krokiety długo dochodziły do stanu, który mógłby przypominać swoją formą świadomy wynik działania jakiegoś kucharza. Ale zapach był obłędny. To jedna z tych chwil, kiedy wiesz, że żadne inne krokiety w żadnym innym miejscu i czasie nie będą Ci tak smakować jak właśnie te. Zacieraliśmy ręce. Ślina zalewała nam już przegrody nosowe. Otworzyły się drzwi i niezdarnie (zresztą jak zawsze) do domu wszedł Miś. Odchrząknął. Zdjął buty. Atmosfera była fantastyczna. Ktoś nawet w szale zaczął sprzątać kibel.

- Promocja była. Kupiłem o pięćdziesiąt groszy taniej. - położył na blacie torebkę. Pobladliśmy. Cała nasza euforia uderzyła z impetem o ziemię. Spłonęła w sekundę jak namiot z Decathlona. Marzenia o daniu jak z trzygwiazdkowej kuchni Michelin Miś pogrzebał jedną swoją, samodzielną decyzją. Promocja zrujnowała nasze marzenia.

- KURWA... - powiedzieliśmy niemal jednocześnie - MIŚ, Kurwaaaa...???

Ten popatrzył na nas z wyrzutem, że zamiast pochwał za taką oszczędność dostanie znowu wiadro pomyj na głowę. Skrzywił się, a jego czerwony nos wydał się nam jeszcze bardziej dziobaty i czerwony.

- No co?! - lekko odsunął do tyłu - czego się czepiacie do cholery?! Mogliście se sami iść. Przecież BARSZCZ to BARSZCZ kurwa!

Na stole leżała torebka - "BARSZCZ BIAŁY Winiary".