• adimoovi

Guy Ritchie. Pogłoski o jego śmierci były mocno przesadzone.

Po "Porachunkach" i "Przekręcie" byłem jak połowa wszechświata pewny, że Rock 'n Roll is dead. A może nawet "rock 'n rolla"... Strach pomyśleć, ale od czasu Przekrętu minęło już 22 lata, co uświadamia mi zarówno jak stary jestem, jak i to... że tak naprawdę nic się w mojej głowie nie zmieniło. Rozumiem, że trzeba zarobić, żeby mieć z czego płacić alimenty Madonnie i nakręcić kilka filmów nastawionych na kasę.... Sherlock Holmes, czy Kryptonim U.N.C.L.E.... No nie było źle. Ale przecież nie po to jest się Guyem Ritchie, żeby kręcić takie rzeczy! Przy Królu Arturze: Legendzie Miecza lekko nabrałem wiary w dobre produkcje z bardzo charakterystycznym montażem, który wyróżnia jego firmy i nadziei na coś nowego. I dostałem. THE GENTLEMEN - film kozacki jak tylko może być kozacka nowa produkcja. Dlatego ja też nazwę siebie kozakiem, bo zabrałem na takie kino żonę w Walentynki. Przy pierwszych 20 minutach starałem się wzniecać w niej emocje na siłę jak publiczność w slapstikowych komediach na Comedy Central. Ale kiedy na końcu stwierdziła, że film jest naprawdę dobry - poczułem dużą satysfakcję. Własnie dlatego, że jak to bywa u Guya - film trzeba obejrzeć do końca, żeby się uśmiechnąć. Oglądając w domu - zapewne znalazłaby jakiś tort do sklecenia i tyle by było ze wspólnego oglądania.

Cudowna obsada. Cała zgraja fantastycznych aktorów w zupełnie nowych, życiowych rolach.

Collin Farell jest moim typem do Oscara za to, że w głowie już widzę osiem sezonów spin-offu z nim i jego chłopakami w rolach głównych. No i chciałbym mieć choćby jedną akcję producenta dresów, w których jego ekipa się nosi....Jego sposób mówienia, mimika i cały irlandzki styl pozwala mi sądzić, że to jest facet, którego zaciągnęła by do łóżka co druga kobieta na seansie. I właśnie dlatego wybrałem zdjęcie, gdzie on jest sam.



Film jest tak szybki i tak efektowny, że trzeba go obejrzeć kilka razy. A potem jeszcze kilka razy. Matthew McConaughey chyba marzył o roli, w której zaczął być mężczyzną z krwi i kości. Naprawdę świetna rola. Charlie Hunnam odkąd zabił matkę w Synach Anarchii poprawia swój wizerunek i ta rola jest ideałem dla kogoś, kto chciałby wmówić reżyserom, że potrafi zagrać zarówno romantyka, korpoluda, jak i bezwzględnego skurwysyna.

No i na koniec zostawiłem sobie Hugh Granta. Odkąd dotarło do mnie, że nie będzie kontynuacji Notting Hill, a Hugh nie może już grać romatycznych, niezdarnych, miłosnych fajtułap bo za bardzo się pomarszczył - nie ma dla niego miejsca i skończy jak Thomas Anders - będzie przygrywał na sylwestrze w Zakopanem w chórkach Modern Talking. A tu takie zaskoczenie! Hugh jest naprawdę HUGE! Jego rola jest świetna. Facet dobrze się starzeje i świetnie popatrzeć na to jak również i on zmienia się kogoś zupełnie innego niż był dla nas przez długie lata. I brawo dla Guya Ritchiego, że potrafił dostrzec w nim takie możliwości.

Można by jeszcze wymieniać: Jeremy Strong w bardzo charakterystycznej roli, Edi Marsan w dobrej formie - choć tego człowieka można podziwiać w bardzo trudnej roli w Ray Donovan, po której wszystkie inne są dodatkiem...

A fabuła? Władza, narkotyki, zasady, trochę przemocy, mafie. Więc skąd taki tytuł? Bo najpiękniejsze w tym filmie jest sposób dobijania targu. Przekazywania złych wieści. Rozwiązywania bardzo dużych problemów.

Ten film po prostu upaja retoryką. Dialogi są jak dobrze ubita piana na flat white, a taką potrafi zrobić niewielu. Niektóre sceny są w pewien sposób podobne do tych z Pulp Fiction - a lepszego porównania nie jestem w stanie wam już dać. Więc kochani.... Chciałbym szarmancko, właśnie jak ten film - jakoś to zakończyć. Po dżentelmeńsku. Napiszę tylko to:

Zapraszam Państwa serdecznie do kina na bardzo dobry film. *ZDJĘCIE ZAPEWNE Z ZAGRANICZNEJ DYSTRYBUCJI.

1 wyświetlenia