Czerwona Nota: film za 200mln dolarów - czy warty mojego abonamentu w Netflixie?

A co to za durne pytanie jest?

No pewnie! Oczywiście nie jest to wysokogatunkowe kino, którego oczekujesz po odłożeniu na stolik "Ullisesa" Jamesa Joyce'a, ale jeżeli chcesz się bezstresowo wyluzować to wolę obejrzeć taki film dwa razy, niż tracić czas na polskie wypociny typu "Lokal Zamknięty" czy "Jak zostać Gwiazdą".

Oczywiście mogę tylko współczuć Netflixowi, że taki film kosztował dwieście baniek (założony budżet to 160mln, ale przesunięcia związane z covidem podniosły ciut-ciut koszty). Z drugiej strony - jeżeli uświadomisz sobie, że siedemdziesiąt milioników poszło tylko i wyłącznie na gażę Dwyena Johnsona, Ryana Raynoldsa, pięknej Gal Gadot i reżysera - to już przestajesz się dziwić, że niektóre sceny są rodem z Bolka i Lolka, albo przynajmniej wczesnych produkcji studia Hanna-Barbabra.

Ale już się nie czepiam, bo kiedy przymrużyłem oko, to muszę przyznać, że dobrze się bawiłem. Ryan gra siebie, takiego samego jak w Deadpoolu, z tym samym świetnym żartem. Ogólnie motywy zaczerpnięto pełną chochlą z "Szybcy i Wściekli: Hobbs and Shaw", "Oceans 11", troszkę dodano z "Indiany Jones" oraz smukłą nogę głównej bohaterki w czerwonej sukience i mamy wszystko co tygrysy lubią najbardziej.

A jak wiadomo, Fish już kiedyś wyśpiewał, że czerwona sukienka jest najważniejsza!


I co z tego, że fabuła delikatnie mówiąc, nie trzyma się nawet najbardziej wyluzowanej rzeczywistości i nikt tu sobie nie zadaje trudu w ocenie, jak aresztowany na Bali rzekomi złodzieje, bez sądu znajdują się w następnej scenie na drugim końcu świata, w najbardziej strzeżonym i okropnym rosyjskim więzieniu, wśród najgorszych sukinsynów? Ano nikt, bo akcja leci tak szybko i jest tak komediowa, że masz to gdzieś. Ryan jest królem mojego ulubionego poczucia humoru, dystansu do siebie i swoich grzeszków i kiedy dodaje do tego swoje dziecięce spojrzenie - wybaczam nawet plastikowego byka w Hiszpanii i nudną, naciąganą jak kalesony w zimie scenę pościgu w podziemnych tunelach.

Mało tego! Twórcy filmu nawet wysilili się na małe zaskoczenie, tak zwany zwrot akcji, o którym polscy producenci komedii kompletnie nie słyszeli co to zacz! I wcale się nie zdziwię, jak w gonitwie o najlepszy streamingowy serwis Netflix sypnie kolejne dwieście milionów, żeby powstała następna część.

Tylko patrząc na kalendarz Dwayne Jonsona i zapowiedzi Rynana, że chce chwilę odpocząć - to są dwa możliwe wyjścia:

albo będziemy czekać na to ze trzy lata, albo druga część będzie kosztować trzysta baniek. Toż to koszt lotniska w Radomiu. Czy jakoś tak.