• adimoovi

Co było pierwsze: Scorsese czy Mafia?

Nareszcie wszystkie elementy układanki są na miejscu.

Wszystko stało się jasne. A przynajmniej odrobinę jaśniejsze.

To jak ze znajomością dużego miasta. Niby je znasz, bo byłeś ze dwa razy po kilka dni.

Ale następuje w końcu pewien przełomowy moment, w którym nagle uświadamiasz sobie, że cała topografia układa Ci się w jedną zwartą, logiczną całość i być może nie znasz jeszcze dokładnie nazw ulic, ale już wiesz w którą stronę iść, aby dojść tam gdzie chcesz. Nawet w poprzek.


MIASTO STRACHU: Nowy Jork kontra Mafia to genialny łącznik pomiędzy wszystkim co do tej pory oglądałeś o Mafii.

Zaczynasz się gubić, czy to mafiosi nowojorscy czerpali wzorce z Ojca Chrzestnego, czy odwrotnie. Czy Martin Scorsese przypadkiem to nie jeden z Cappo tutti di Cappi, bo szczegółowość jego filmów jest porażająca, kiedy skonfrontujesz ją z tym mini serialem.

Nowy Jork lat 70/80tych był strasznym miejscem.

Wise Guys rządzili całym miastem w sposób nie znany na świecie. Perfekcyjna organizacja Cosa Nostry, robiła bezczelnie co chciała na każdej ulicy, z każdą firmą i w każdej branży.

Ale nie będę Was zanudzał szczegółami, bo jeszcze Mark GóraCukru i jego algorytmy uznają, że namawiam Was do przejmowania związków i zakładania klubów wylewaczy betonu.

Powiem tak:

Chcecie zobaczyć historię prawdziwych superbohaterów, bez peleryn i błyszczących strojów? To poświęćcie niecałe trzy godziny. Bo „aż” tyle trwa ten mini-serial. Zobaczycie w nim ludzi, którzy stanęli naprzeciwko mafii ryzykując wszystko. Zobaczycie, jak jeden myślący prawnik może znaleźć sposób na używanie prawa, którego nikt przez dziesięć lat nie potrafił wykorzytać. Zobaczycie jak to możliwe, że takie miasto jak Nowy Jork w latach siedemdziesiątych było bankrutem.

Ilość wykonanej pracy, aby to zmienić przez garstkę ludzi, bez dzisiejszego sprzętu jest wręcz namacalna. To taki rodzaj pracy, który większość z nas twierdzi, że trzeba ją w końcu zrobić, ale najlepiej będzie jak ją wykona za nas ktoś inny.

Pikanterii całemu filmowi dodają wypowiedzi mafiozów, którzy już wyszli z więzienia i opowiadają jak bardzo lekceważyli zasady inne niż własne. Trochę irytujące, patrząc na nich, że teraz, na starość ponownie na tym zarobią, a ich eleganckie garnitury zwisły w szafie tylko na dziesięć do piętnastu lat…

Jak zwykle trzeba pochwalić Netflix za realizację.

Tak dobrze dobrana muzyka, niebanalne ujęcia rodem z dobrego, gangsterskiego filmu, wywiady nie będące wywiadami, tylko prawdziwymi opowieściami ludzi, z których każdy przeżył to inaczej i inaczej to wspomina.

Przeżywamy ich sukces tak mocno, że w ostatnim odcinku łza się ciśnie do oka. Jednego.

Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz nie przewijałem nawet czołówki – jest tak cholernie dobra.

Patrząc na wszystkie powiązania jakie jeszcze tak niedawno miała każda duża firma budowlana w Nowym Jorku – nie sposób nie zwrócić uwagi na moment, w którym dobitnie podkreśla się fakt, że nie dało się wybudować niczego bez dogadania się mafią, a w tle leci wywiad z Donaldem Trumpem, który puszy się pod Trump Tower. W końcu idą wybory. Więc to może być taki podprogowy anty-product placement.

Byłem w Nowym Jorku trzy razy.

Uwielbiam to miasto. Patrząc na nie z tej perspektywy, będę miał do niego jeszcze większy sentyment, a kilka knajpek, czy ulic odwiedzę następnym razem ze szczególną pieczołowitością i uwagą inną niż dotychczas.

I na koniec, przyszła mi jedna chytra, przewrotna myśl rodem z Francisa Forda Coppoli.

Na początku serialu pada jedno wspomnienie gliniarza, który z sentymentem wspomina jak ich praca przypominała rodzaj gry, w której każdy niemal jawnie robił swoje: „Jeżeli przez tydzień nie usłyszałeś od kogoś kogo śledziłeś SPIERDALAJ, to znaczyło, że nie wykonywałeś swojej roboty wystarczająco dobrze. To był znak, że coś było nie tak!”.

Więc ja się Was grzecznie zapytuję:

Czy ja zasługuję tutaj na jedno, choćby marne SPIERDALAJ?!


#netflix #MiastoStrachu


1 wyświetlenia