• adimoovi

Ateny. Jedzenie, bezdomni i wszechobecny syf. Cudo!

Co zbyt zagorzalsi czytelnicy zapewne zorientowali się, że wyjeżdżając gdzieś nie staram się zbytnio przykładać do części organizacyjnej. Nie planuję więcej niż noclegu i dotarcia do celu. Zresztą lwią część tego i tak odwala moja połowica, która osiąga w tym swoiste mistrzostwo świata wytrącając mi wszelkie chęci do podejmowania rękawicy przy każdym następnym razie, bo boję zderzyć się potem z własnymi wyborami w rzeczywistości. Przewodniki są zazwyczaj przeterminowane i napisane przez jakiegoś zniewieściałego podróżnika z saszetką pod pachą, a większość blogów tak nastawiona na konkretną indywidualność, że gdybym miał czerpać jakąś wiedzę z tych fajnych - najpierw musiałbym nauczyć się jeździć na rowerze.

Dlatego postanowiłem dzisiaj, że spróbuję Was przekonać do czegoś - do czego sam nie jestem przekonany, czyli przeczytania mojego subiektywnego pół-przewodnika po Atenach dodając (mam nadzieję) nowy wątek w mojej osobistej blogosferze. Będzie bez ogródek i zbędnego kolorowania. Zaczynam od Aten, bo jestem w nich zakochany i na świeżo po powrocie.

Zajebiste miasto.

Teoretycznie by wystarczyło. Ale znam kilka zajebistych i to one stanęły również do boju o styczniowy city-break. Cztery dni nagrody za nerwową końcówkę roku. Amsterdam, Londyn, Rzym, coś tam jeszcze we włoszech, Malta i zimny Sztokholm. Sztokholm dostał się na listę z dziką kartą tylko z powodu niskiej ceny biletu. Prze-niskiej. Ale odpadł z niej równie brawurowo, jak się na nią wdrapał, bo nie chcieliśmy w styczniu zmarznąć jeszcze bardziej, ale po okropnej jesieni zobaczyć czy jeszcze istnieje Słońce, czy PiS już je również zagospodarował jak Puszczę. Ateny. Nowy kierunek z Katowic i nadzieja na trochę ciepła. ŁUP! Lecimy.

Ogólnie to nie przepadam za miastami, które od wbicia łopaty i śmierci pierwszego urbanisty każde skrzyżowane projektują pod odwiedziny turystów. Wszystko piękne, lśniące i nijakie. Ateny miały kilka tysięcy lat na to, żeby pochować zbyt wielu urbanistów od planowania. I to widać. Budynki wklejane w całą perspektywę miasta dzielą się na dwie grupy: te, które ledwo stoją i wyglądają jak po pożarze oraz te ładne i nowe, do których są przylepione. Ale bezwzględnie wszystkie biorą udział w konkursie na najgłupsze grafitti świata. Budynek bez grafitti przyciąga oko swoją bezczelną nijakością na tyle, że można po nich śmiało nawigować do zamierzonego celu. Fajne To! Bardzo!

Myślałem że Nowy Jork to stolica światowego malowania po czymkolwiek i opuszczonych straszących zabudowań, ale ich Brooklyn czy Bronx mają się jak Rumburak do Merlina, jak Korona Królów do Gry o Tron. Jak Zenek Martyniuk do Michaela Jacksona. Wstydź się Nowy Jorku! Wstydź!! Tam też kiedyś Giuliani wpadł na pomysł i pozamiatał wszystkich kloszardów z Manhattanu. A potem coraz dalej, aż nawet pozamykał metro na noc, żeby nie kusiło fanów "Dextera" to realizacji fantazji filmowych w czyn na biednych bezdomnych, a bezdomnym swoich brudnych igieł na Twoim tyłku. No może jakiś tam sie trafi, ale wtedy wpada specjalny oddział trzyliterowej rządowej Agencji i chłopisko ląduje w 5 minut w Strefie 51 na 320 lat. Ateny, pomimo, że są starsze od Wielkiego Jabłka o jakieś nędzne 3 tysiąclecia, albo nie wpadły na pomysł takiego posprzątania, albo są wzorem wolności i luzu, wychodząc z założenia, że chodnik to takie samo miejsce publiczne w centrum jak na zadupiu i każdy może sobie leżakować gdzie chce. Szacun! Ileż to dodaje pikanterii kiedy przechadzając się starymi uliczkami trzeba uważać żeby nie zaplątać się w czyjś śpiwór!

Miasto jak już powiedziałem jest rewelacyjne, ale jeszcze z kilku powodów. I nie będą to spasione koty, które wchodzą Ci do talerza kiedy ty kulturalnie starasz się znaleźć toaletę schowaną za kuchnią i wielkim garem z krewetkami na tyłach świetnej restauracji. Nie dlatego, że metro jest punktualne, sterylnie czyste i tak cholernie dobrze oznaczone, że tylko idiota by sie w nim zgubił i zawiezie Cię do centrum spod samego samolotu za 10 euraków. Nie dlatego, też, że mandarynki w styczniu można jeść prosto z drzewa, a ogromny park w samym centrum rozckliwia każdego - o ile nie nasra na Ciebie latająca wyżej papuga. Po prostu dlatego, że w życiu nie widziałem takiego skupiska restauracji, knajp, knajpeczek, budek, fastfoodów (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), barów i kawiarni. Do tej pory myślałem, że Amsterdam robi robotę. Teraz myślę jednak, że Amsterdam po prostu bezczelnie wykorzystuje gastrofazę. Nic więcej.

Ale Ateny?! Ten, kto wymyślił powiedzenie, że jak o 2-giej w nocy przejdziesz ulicami Nowego Jorku 100 metrów i nie znajdziesz czynnej knajpki - znaczy że nie jesteś już w Nowym Jorku - to nie był w Atenach. Tutaj 100 metrów to wieczność. Maraton, którego wątroba może nie wytrzymać. Po 200 metrach w Atenach nie jesteś w stanie już pamiętać czym zachwycałeś się w restauracji na początku swojej przechadzki, a po trzystu orientujesz się, że już ósmy raz z zachwytem stwierdzasz "ŁOJEJ! Tutaj musimy dzisiaj przyjść na kolację!". Wszędzie gdzie zdążyliśmy być - było znakomicie. Wszędzie gratis woda do kolacji (u nas to ciągle obowiązkowy punkt biznesplanu każdego restauratora!), obowiązkowe UZO na zakończenie również gratis, lub mały pyszny deserek podany ot tak, żebyś się mile zaskoczył. Nikt nie upomina się o napiwek być może dlatego, że wreszcie na coś przydały się te 3000 lat dojrzewania do pewnych decyzji i to ucywilizowano na level soft: w większości restauracji jest informacja, że "serwis w wysokości np. 13% jest wliczony już w cenę posiłku". Można? Można! Nie irytuje Cię, że kelner z muchami w nosie podaje Ci na końcu paragon z doliczoną kwotą do cen, a Ty jak zaskoczony pajac bierzesz się za analizowanie rachunku, bo nie wiesz skąd nagle się wzięło dodatkowe 20 EUR?! W Atenach wszystko jest juz w cenie. A jeżeli uważasz, że kawa za 1,5 EUR czy świetna świeża Musaka za 6,5 EUR lub inne danie z barana, który jeszcze wczoraj sobie hasał w ogródku za kuchnią - w cenie 8EUR to normalna cena - dorzucasz kilka Euro napiwku extra do rachunku i widzisz magię. Kelnerzy płaczą, kelnerki odprowadzają Cię wzrokiem do drzwi i machają chusteczką kłaniając się w pas... Magia, jakiej nie doświadczyłem już dawno: wdzięczny, radosny i szybki kelner. A jechałem z przeświadczeniem, że to banda nierobów... Pomimo, że jest tam dwa miliony knajp, a w każdej przesiaduje dwa miliony turystów - cała obsługa jest przemiła. Byłem pewien, że aby przeżyć coś takiego, muszę doczekać się amerykańskiego paszportu i pojechać w najbiedniejsze rejony Afryki. A tu ciach! Ateny!

O zabytkach nie będę wspominał. Bo są oczywiste. Cudowne i nadal stoją. W każdym miejscu miasta. Wyrastają wszędzie i dumnie ze wzgórz okalających miasto patrzą od tysięcy lat na nas maluczkich. Za 10 Euro można wejść na Akropol, przytulić się do kolumny która ma dwa tysiące lat z myślą, że tysiąc lat temu, kiedy Mieszko brał lubieżnie Dobrawę na stosie gałęzi, tu jakiś ogorzały Grek przytulał się w to samo miejsce co ja. Kiedy u nas kwitł biznes stawiania szałasów, Grecy stawiali miasta i budowali teatry z marmuru, które po małym fejsliftingu mogłyby działać do dzisiaj. I jeszcze wydaje się, że dzisiaj ogólno narodowym interesem każdego Greka jest handel meblami. Meble, krzesła, dodatki. I to tak dizajnerskie, jakich nie powstydziliby się manszardzi w Mediolanie. Chociaż pewnie umarliby ze wstydu w jakich warunkach są prezentowane...

Dlatego powiem Wam, że Ateny skradły moje serce. Udało mi się to spuentować w jednym zdaniu do kumpla, szybko napisanym, ale bardzo, cholernie trafnym: SYF JAK W NOWYM JORKU, KLIMAT JAK NA SYCYLI, TANIO JAK W POLSCE - SMACZNIE JAK W DOMU. Resztę zobaczcie na króciutkim filmie.

Jeżeli po tej "recenzji" przekonałem choćby jedną osobę do tego, aby tam poleciała - czuję sie już Grekiem. Do miłego zobaczenia w Atenach!

PODSUMOWANIE: - przelot z Katowic tam i nazad: 230zł na osobę. - hotel w samiuśkim centrum, predestynującym do pięciu gwiazdek: około 350zł (cena za dwie osoby) - metro (bilet 90min) z lotniska do centrum: 10 Eur - średnia cena dużego dobrego obiadu w centrum: 8EUR - cena na obrzeżu - 6EUR. - cena suvlaki (odpowiednik knyszy/pity) - od 2,5 EUR - wino typu House Wine - 1 LITR (co tu się rozdrabniać) - w restauracji przy głownej uliczce starego miasta: 12 EUR. Nieco obok - już tyko 10. W sklepie - od 4 EUR.



0 wyświetlenia